niedziela, 11 grudnia 2016

BAWMY SIĘ I RADUJMY SIĘ. RODZINNA SIELANKA U ANNY I JÓZEFA ZAWOLSKICH

Gdy Anna Trojankówna wychodziła za mąż za Józefa Zawolskiego miała około siedemnastu lat, a na pewno nie więcej niż dziewiętnaście (biorąc pod uwagę, że nie znam dokładnej daty jej urodzenia, a tylko przedział lat, w którym mogła się urodzić 1859 - 1861). Do zawarcia związku małżeńskiego przez tę parę doszło nie później niż w roku 1878, a nowo zaślubiony małżonek młodziutkiej Anny najprawdopodobniej był jej rówieśnikiem lub mógł być niewiele od niej starszy - może ze dwa lata. 
Kto uczestniczył w tym rodzinnym wydarzeniu, oprócz pary młodych, oczywiście? Możliwe, że rodzice obydwojga - jeśli wtedy jeszcze żyli oraz ich rodzeństwo. Niestety, dotychczas nie udało mi się odnaleźć osób ówcześnie im bliskich, albo też nie umiem określić ich pokrewieństwa. Miejsca, w którym doszło do zaślubin też niestety nie znam (w księgach latowickiej parafii z tego okresu nie ma żadnego śladu po takiej ceremonii, a przecież ze spisanych wspomnień Anny wynika, że w okolicy Wielgolasu mieszkała od dziecka nie tylko ona sama, ale także i jej matka - gdzie zatem szukać aktu małżeństwa Anny z Józefem?). 
Mogę sobie za to wyobrazić jak taka uroczystość zaślubin mogła wtenczas wyglądać. W tygodniku społeczno-literackim, który wychodził w Siedlcach w pierwszej połowie XX wieku, a zwał się "Głos Podlasia" w Nr 30 wydanym w dniu 19 listopada 1910 roku na piątej stronie znajduje się artykuł pod tytułem "Obrzędy weselne nad Świdrem". Chociaż notatka ta spisana jest trzydzieści dwa lata później, niż rodzinne wydarzenie, do którego doszło - tak przypuszczam - w okolicy Latowicza / Wielgolasu to myślę, że tradycje i obrzędy ślubne Latowicza - o których traktuje ów artykuł - nie zmieniły się zbytnio na przestrzeni tych lat. Autor (podpisany inicjałami J. L.) pisze, że skoro tylko wykopki ziemniaków się zakończą (a więc zapewne z końcem września lub początkiem października) latowiczanie rozpoczynają wyprawianie wesel, trwających zwykle dwa dni. Najpierw "... państwo młodzi obchodzą znajomych, sąsiadów i krewnych, zapraszając na gody do domu rodziców panny młodej. Od godziny 7 po południu schodzą się zaproszeni goście, wchodząc jednem wejściem, przy kominie, gdzie "ad hoc" obrana gospodyni wręcza każdemu kubek "krupniku", zaczerpnąwszy warząchwią specjału z "grapy" (sagana żelaznego). Ów krupnik przygotowują z okowity lub spirytusu z miodem i masłem, a u uboższych z sadłem i upalonym na karmel cukrem. Gospodyni pilnie strzeże, żeby każdy gość otrzymał taki kubek krupniku. Na stołach porozstawiane salaterki i półmiski z plackiem pszennym i pokrajaną kiełbasą wyrobu domowego. Około 6 - 7-ej wieczorem weselnicy idą do kościoła, a po powrocie od ślubu rozpoczynają się tańce z wiejską tradycyjną kapelą: skrzypce i bas, a niekiedy trąbka lub flet na dodatek. Tańczą bez przerwy do godziny 11 - 12 w nocy tak zwanego "siota" (coś z oberka, a nieco z walca z chodzeniem), a następnie rozstawiają stoły i zasiadają do "obiadu", składającego się: z rosołu z ryżem, lub barszczu na dudkach, sztuki mięsa, flaków z kaszą jaglaną, nóg w galarecie, przekrapianych "czystą" i piwem bawarskiem z wiwatami na cześć młodych. Po kolacji następują oczepiny. Pannę młodą sadzają na środku izby na dzierzy od ciasta, rozplatają warkocze i nakładają jej na głowę czepek. Czynności tej dokonują mężatki, a kapela rżnie "chmiela". Następnie drużbowie i druchny otaczają kołem "młodą" i dość monotonnie śpiewają tylko nad Świdrem znane strofki, zachęcające gości weselnych, głównie krewnych, do składania młodej monet "na czepek". 

Drużbowie: 
Czegóż druchny, nie śpiewacie,
Czy dębowe gardła macie?
A wołajcież na matulę,
Bo jej miała dać koszule. (bis)

Skoro datek za mały, druchny przyśpiewują:
Rubla mało i dwa mało,
Trzy rubelki by się zdało.

Zauważywszy, że do talerza na kolanach młodej wrzucili drobną monetę, druchny śpiewają:
Pod kościołem nie siedziała,
Po trzy grosze nie zbierała.

Drużbowie przynaglają druchny:
A wołajcież na stryjaszka,
Bo obiecał dać koniaszka!

Jeśli kto za długo szuka monety - wstydząc go śpiewają:
Tak się drapie, tak się drapie,
Jak ten pająk po pułapie.

Wreszcie panna młoda w czepku po kolej tańczy z każdym z gości "chmiela", poczem część gości starszych się rozchodzi - a młodzież dalej tańczy "siota" i flirtuje, od czasu do czasu pokrzepiając się piwem lub wódką, co trwa do białego rana. Następnego dnia poprawiny, a w końcu "przenosiny" do pana młodego."

"Wesele na dawnej wsi" Franciszek Kostrzewski (1826 - 1911)

Z pewnością uroczystości weselne Anny i Józefa nie odbiegały zbytnio od tych opisanych w artykule sprzed ponad stu lat.  Odbyły się w domu rodzinnym Anny (gdzie dokładnie?), a później po dwóch dniach zabawy nastąpiły przenosiny młodej mężatki do domu jej nowo zaślubionego męża w Budkach Wielgoleskich (czy Józef mieszkał tam wówczas ze swoimi rodzicami i to do ich domu sprowadziła się Anna?). To moje domysły, ale z dużym prawdopodobieństwem, że tak właśnie było w roku 1878 (lub może rok wcześniej?) gdy Anna i Józef pobrali się. Czy sama uroczystość odbyła się jesienią, a może jednak o innej porze roku? Nie ma to większego znaczenia, chociaż ciekawość jest. Faktem jest, iż w rodzinach Trojanków i Zawolskich zapanowała radość, a wszyscy bawili się dwa dni i dwie noce tańcząc, pijąc, jedząc ... niczego sobie nie szczędząc ... być może ...
Tak więc młodzi małżonkowie zamieszkali w Budkach Wielgoleskich i zajmowali się uprawą roli.

"Obejście w Bronowicach" Włodzimierz Tetmajer (1861 - 1923)

Anna w okolicach kwietnia 1878 roku zaszła w ciążę (w takim razie może ślub odbył się na Wielkanoc, która tamtego roku wypadała 21 kwietnia?), a 20 stycznia roku następnego (wg kalendarza gregoriańskiego - nowego stylu) powiła swoje pierwsze dziecko - syna Antoniego (akt nr 17/1879 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). Młody i zapewne szczęśliwy ojciec dwanaście dni czekał, żeby udać się do proboszcza i zgłosić narodziny swojego pierworodnego. W końcu w sobotę, pierwszego dnia lutego po południu dwudziestoletni wówczas Józef Zawolski zaprzągł wóz / sanie w konie i udał się z malutkim Antosiem w blisko ośmiokilometrową drogę, aby ochrzcić syna. Towarzyszyli im trzydziestoletni Stanisław Buntruk i pięćdziesięcioletni Tomasz Mroczek (obaj także byli rolnikami z Budek Wielgoleskich i zapewne sąsiadami Józefa, a może nawet byli w jakiś sposób spowinowaceni z nim?). Na pewno jeszcze dwie osoby pojechały wraz z Józefem do latowickiego kościoła (te które miały być rodzicami chrzestnymi maleństwa). Byli to Antoni Repedziński /?/ i Józefa Sobocińska. O godzinie siedemnastej stanęli wszyscy w kancelarii parafialnej kościoła w Latowiczu i przed księdzem Józefem Bijakowskim oświadczyli, że dziecko, w imieniu którego proszą o chrzest urodziło się w poniedziałek 20 stycznia o godzinie siedemnastej (określenia czasu dnia pojawiające się w aktach metrykalnych należy traktować zawsze z rezerwą, jednak warto mieć je na uwadze i nie odrzucać jako niepewne, nie są one zbyt ważną informacją, ale dobrze wiedzieć - nieprawdaż?). Józef oświadczył także, a obecni świadkowie to potwierdzili, że matką chłopca jest jego prawowita żona Anna z Trojanków mająca wówczas lat osiemnaście.
Było to z pewnością doniosłe wydarzenie w rodzinie Józefa - chrzciny jego pierwszego dziecka i to syna! W domu Józefa i Anny zapanowała radość.
Gdy, zapewne kilka dni później, skryba przepisywał z podręcznego kajetu dane odnośnie chrztu Antosia musiał się pomylić, bowiem w akcie zapisał, że ojcem dziecka był Józef Zawiliński (jednak w sumariuszu widnieje poprawne nazwisko nowo narodzonego - Zawolski Antoni, link). Pozostałe dane zapisane w akcie chrztu zgadzają się z danymi z późniejszych aktów spisanych przy okazji narodzin kolejnych dzieci Józefa i Anny Zawolskich, tak więc nieścisłość tę traktuję jako oczywistą omyłkę skryby (nazwisko Zawiliński także pojawia się w parafialnych księgach z Latowicza i to dużo częściej niż Zawolski, ale nic nie wskazuje na to, żeby te rodziny były spokrewnione z moimi Zawolskimi).

A tymczasem, jak donosi Pamiętnik starego subiekta:
  • 7 stycznia 1879 roku Kurier Warszawski przyniósł pierwszą wiadomość o wybuchu epidemii dżumy w dalekim Astrachaniu. Następnie 24 stycznia gazeta owa poinformowała swoich czytelników, że źródłem epidemii była stanica kozacka w Wietlance. Rozszerzająca się w całej guberni astrachańskiej zaraza wywołała duże zaniepokojenie we wschodniej i środkowej Europie. Na szczęście dżuma znikła już na wiosnę tego samego roku nie rozciągając się na inne europejskie kraje. Również na mazowiecką ziemię, tym razem, nie dotarła. Ale może mieszkańcy mazowieckich wsi i miasteczek mieli świadomość niebezpieczeństwa? A może było ono jednak tak znikome, że do ludności wiejskiej zamieszkałej w okolicach Latowicza wiadomości o zarazie w ogóle nie dotarły? Jak podaje bowiem "Gazeta Warszawska" z dnia 22 stycznia 1879 roku na pierwszej swojej stronie, "... gubernator astrachański wysłał 18 stycznia telegram do zarządzającego ministeryum spraw wewnętrznych z informacją, iż "chorych nie ma", "... doniesienia o zarazie zamieszczone w Gońcu Urzędowym, a oparte na raportach dra Krasowskiego stwierdzały fakt, że wszyscy zachorowujący umierają pomimo najczynniejszej pomocy lekarskiej. Śmiertelność obecnie jest mała, bo mało też zapada; ale ktokolwiek zachoruje, ten już stracony. Przedsiębiorą się wszelkie możliwe środki odosobnienia miejsc zarażonych i desinfekcyi za pomocą koperwasu, chloru, kwasu karbolowego ...".
  • W połowie lutego 1879 roku wody Wisły niebezpiecznie wezbrały i zalały szereg podwarszawskich wsi. Straty wywołane powodzią były bardzo duże i komitet pomocy powodzianom zorganizował w pierwszą niedzielę marca (2 marca) na ich cel koncert charytatywny w Teatrze Wielkim w Warszawie. Czy jeden z dopływów Wisły - Świder także wtedy wylał? Budki Wielgoleskie są położone w linii prostej o niespełna trzy kilometry od nurtu rzeki, Latowicz leży bezpośrednio nad samym Świdrem, którego źródła znajdują się w odległości około dwudziestu kilometrów od miasta - jeszcze za Stoczkiem Łukowskim. Czy, zatem powódź dotknęła mieszkańców tych terenów? A może rzeka w początkowym swym biegu nie była niebezpieczna? Patrząc z drugiej strony, historia pokazuje, że często to właśnie na pozór niegroźne, małe rzeczki i strugi potrafią napytać sporo biedy okolicznym mieszkańcom. 
  • 26 lutego 1879 roku rozpoczynał się Wielki Post.
"Gazecie Warszawskiej" z dnia 20 stycznia 1879 roku wyczytałam, że w dniu, w którym urodził się mały Antoś temperatura powietrza w Warszawie (od której Budki Wielgoleskie oddalone są o około pięćdziesięciu kilometrów w linii prostej na południowy-wschód) wynosiła rano minus 5 stopni, a po południu minus 3 stopnie w skali Réaumura (podaję za wikipedią: 1 stopień Celsjusza = 0,8 stopnia Réaumura). Wysokość wody na Wiśle wynosiła tego dnia stóp 2 cali 10 (wg miary rosyjskiej wprowadzonej w Królestwie Kongresowym w 1849 roku, 1 stopa = 0,3048 m i dzieli się na 12 cali). Dziennik ten podawał tego dnia także informacje na temat zarazy astrachańskiej - że jest wysoce zaraźliwa, ale nie rozprzestrzenia się, a jej zasięg maleje.
Natomiast w dniu 1 lutego ten sam dziennik w swoim wydaniu Nr 25 podaje temperaturę powietrza rano minus 14 st. Ré, po południu minus 10 st. Ré. Wysokość wody na Wiśle wzrosła do 6 stóp i 8 cali! (tj. do około 2 metrów). Zaraza astrachańska musiała jednak wywoływać niepokój wśród obywateli Królestwa Kongresowego, bowiem w numerze tym na stronie drugiej zamieszczono obszerny artykuł (na trzy szpalty) napisany przez dr G. Fritsche na temat pochodzenia i istoty dżumy wraz ze wskazówkami jak się przed nią chronić. Zresztą jeszcze niejednokrotnie temat ten był poruszany na łamach gazety (również w kolejnym numerze dziennika na stronie drugiej).
I w taki oto sposób, dzięki pamiętnikowi pisanemu przez Ignacego Rzeckiego - fikcyjną postać wprowadzoną przez Bolesława Prusa do powieści pt. "Lalka", a także dzięki prześledzeniu wiadomości z ówczesnych dzienników mogłam co nieco więcej dowiedzieć się jak wyglądać mogło życie na mazowieckiej wsi w czasie kiedy urodził się pierwszy syn Anny i Józefa Zawolskich - moich 3xpradziadków. Wiem przeto, że w styczniu tamtego roku temperatury powietrza utrzymywały się na poziomie umiarkowanym poniżej 0 st. C, na przełomie stycznia i lutego obniżyły się do około - 10 st. C. Od 4 lutego stopniowo się ocieplało, a w połowie tego miesiąca temperatura wskazywała przez kilka dni około 3 st. C na plusie. Takie ocieplenie wystarczyło, aby w tym samym czasie poziom wód w Wiśle wzrósł maksymalnie do nieco ponad 3 metrów (co miało katastrofalne skutki dla wielu podwarszawskich wsi, być może wysoki poziom wód odnotowano również na rzece Świdrze). Pokusiłam się o zrobienie wykresu ilustrującego ówczesne temperatury oraz poziom wód w Wiśle:


Dzień, w którym Józef wiózł swojego pierworodnego synka do kościoła parafialnego w Latowiczu był jednym z mroźniejszych od początku tamtego roku. Pokonując otwartym wozem (jeśli śnieg leżał wówczas na drogach, to być może wóz był wyposażony w płozy) zaprzęgniętym w konie (tak sobie taką podróż wyobrażam w tamtych czasach) dystans ośmiu kilometrów trzeba było naprawdę dobrze opatulić się derkami i mieć szczególne baczenie na zawiniątko, w którym schowane było dwunastodniowe dzieciątko. Gdyby ktoś ówcześnie mógł zrobić zdjęcie takiej sceny, to czy wyglądałaby ona podobnie do tych uwiecznionych na obrazach namalowanych przez artystę-malarza Władysława Chmielińskiego? Czy Anna będąca w połogu także pojechała do kościoła? Może raczej została w domu wychodząc jedynie przed chatę i żegnając odjeżdżających?

"Przejażdżka na saniach" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

"Saniami przez wieś" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

 "Sanie przed kościołem" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

"Zimą na wsi" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

Do dni dzisiejszych zachowały się dwa zdjęcia starego, drewnianego kościoła w Latowiczu (wybudowanego w latach 1733 - 1737, a rozebranego w 1918 roku po wzniesieniu w latach 1899 - 1911 nowej murowanej świątyni stojącej do dzisiaj). To właśnie w tym nieistniejącym już obecnie kościele mój praprapradziadek Józef Zawolski chrzcił wszystkie swoje dzieci.

Stary kościół w Latowiczu (1737 - 1918)
źródło: laliny.mazowsze.pl

Stary kościół w Latowiczu (1737 - 1918)
źródło: laliny.mazowsze.pl

Józef, na przestrzeni siedemnastu lat, jeszcze sześciokrotnie pokonuje drogę z Budek do Latowicza w celu ochrzczenia swoich dzieci.
Drugi raz w ciążę Anna zachodzi w styczniu 1881 roku. Antoś ma wówczas dwa latka. W środę 14 września o godzinie ósmej wieczorem rodzi mu się siostra - Marianna Józefa, której chrzciny odbyły się już po czterech dniach w niedzielne wczesne popołudnie (o godzinie czternastej). Przed proboszczem latowickiej parafii księdzem Piotrem Godlewskim stawili się razem z Józefem Zawolskim (gospodarzem, 21 lat): Stanisław Sobociński (50 lat) i Jan Kowalski (36 lat) obaj także gospodarze z Budek. Rodzicami chrzestnymi młodszej siostrzyczki Antosia byli: Wojciech Kowalski i Franciszka Baranowa. (akt nr 135/1881 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 204, 207, 208/1881)
14 września 1881 roku (dzień narodzin Marianny Józefy Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +15 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 10 cali
17 września 1881 roku (przeddzień chrzcin Marianny Józefy Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +13 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 8 cali
  • W Warszawie 16 września 1881 roku odbył się pierwszy w kraju! pogrzeb bezwyznaniowy (kościół nawołuje, żeby bezwyznaniowcy zakładali swoje cmentarze)
  • "Klęska urodzaju" na Podolu (obfity zbiór zbóż, kartofli i owoców)
19 września 1881 roku (następny dzień po chrzcinach Marianny Józefy Zawolskiej):
  • temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +13 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 4 stopy 0 cali

Po raz trzeci Anna chodzi w ciąży - mniej więcej - od września 1883 roku. W piątkowe wczesne popołudnie 13 czerwca 1884 roku (o godzinie czternastej) urodziła się moja praprababcia Antonina. Jej starsze rodzeństwo ma odpowiednio pięć i pół roku - Antoś oraz niecałe dwa latka - Marianna. Ojciec (rolnik, 22 lata) ochrzcił Antosię 22 czerwca (w niedzielę), a ceremonii dokonał ksiądz Piotr Godlewski. Matką chrzestną była Katarzyna Trojanek, a ojcem chrzestnym Stanisław Zawolski (przypuszczam, że Katarzyna jest spokrewniona z matką nowo narodzonego dziecka, a Stanisław z ojcem dziecka - być może jest jego bratem /?/, ale na razie nie umiem jednak umiejscowić tych osób w drzewie genealogicznym). Świadkami zgłoszenia narodzin mojej 2xprababci Antosi byli: ojciec chrzestny dziecka - Stanisław Zawolski (30 lat) oraz Tomasz Mroczek (60 lat) obaj rolnicy z Budek. (akt nr 115/1884 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 132, 139, 140/1884)
13 czerwca 1884 roku (dzień narodzin Antoniny Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +12 st. Ré, po południu +18 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 11 cali
21 czerwca 1884 roku (przeddzień chrzcin Antoniny Zawolskiej):
  • temperatura powietrza wynosiła: rano +12 st. Ré, po południu +15 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 3 stopy 9 cali
23 czerwca 1884 roku (następny dzień po chrzcinach Antoniny Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +15 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 18 stóp 0 cali (tj. 5,5 metra!)
  • Wylały wody rzek (galicyjskie dopływy Wisły i sama Wisła). W Dęblinie powódź poczyniła ogromne straty, runęły przęsła nowobudowanego mostu żelaznego kolei Dąbrowskiej. "... woda po drodze ku Warszawie pozrywała tamy, poniszczyła drogi, zalała kilkadziesiąt wsi, uniosła pokosy, kopy i stogi siana z łąk nadbrzeżnych, pozabierała nawóz z pola, drzewo ze składów, tratwy ze zbożem z przystanków, i wszystko pędziło ku Warszawie, aby ztąd pędzić dalej ..." Ucierpiały okolice Wilanowa, Siekierki, Saska Kępa, Gocław, Gocławek, Zerzno (stanęły pod wodą). W Warszawie została zalana część Solca i Tamki, po prawej stronie rzeki zalany został Park Praski. Powódź spowodowały ulewne deszcze i roztopy ostatnich śniegów w górach.
Czwartym z kolei dzieckiem Anny i Józefa Zawolskich jest Jan urodzony w niedzielne przedpołudnie 20 lutego 1887 roku (o godzinie dziesiątej). Z pewnością trójka starszych dzieci (ośmioletni Antoś, pięcioipółletnia Marianna oraz dwuipółletnia Antosia) ucieszyła się, że mają małego braciszka. Czy dla rodziców pojawienie się kolejnego dziecka było również czystą radością, czy może raczej ciężarem? Tego nie wiem. Faktem natomiast jest, że w kolejną niedzielę 27 lutego o godzinie czternastej ksiądz Piotr Godlewski ochrzcił małego Jaśka. Tym razem rodzicami chrzestnymi byli: Jan Kowalski (41 lat, rolnik z Budek) będący również jednym ze świadków oraz Ewa Kupiec. Drugim świadkiem, który stawił się wraz z ojcem dziecka - Józefem (rolnikiem, 28 lat) przed proboszczem latowickiej parafii był Tomasz Mroczek (70 lat, także rolnik z Budek). (akt nr 51/1887 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 47, 54/1887)
20 lutego 1887 roku (dzień narodzin Jana Zawolskiego):
  • Temperatura powietrza wynosiła rano -5 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 3 stopy 4 cale
  • Od kilku dni w Warszawie odnotowywano silne mrozy (do -14 st. Ré) i duże opady śniegu uniemożliwiające kursowanie tramwajów.
27 lutego 1887 roku (dzień chrzcin Jana Zawolskiego):
  • temperatura powietrza wynosiła rano -1 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 0 cali

Pięć lat później, 28 kwietnia 1892 roku (był to czwartek) Anna urodziła swoje piąte dziecko, któremu na chrzcie świętym mającym miejsce w dniu 1 maja nadane zostało imię Józefa. Czy wówczas do kościoła pojechała cała "Józwowa" rodzina, czy tylko ojciec wraz ze świadkami i chrzestnymi? Była to niedziela, więc jest duże prawdopodobieństwo, że Józef zabrał ze sobą również trzynastoletniego Antka, jedenastoletnią Mariannę, ośmioletnią Antosię i pięcioletniego Jasia. O godzinie trzynastej ksiądz Piotr Godlewski ochrzcił Józefę w obecności świadków: Jana Pulczyna (52 lata) i Stanisława Zawolskiego (40 lat, to ten sam, który był ojcem chrzestnym mojej praprababci Antoniny prawie osiem lat wcześniej). Rodzicami chrzestnymi Józefy zostali: Jan Pulczyn i Józefa Zawolska (być może krewna ojca dziecka lub bratowa). (akt nr 95/1892 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 113, 116/1892)
28 kwietnia 1892 roku (dzień narodzin Józefy Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła rano +3 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 5 stóp 0 cali
1 maja 1892 roku (dzień chrzcin Józefy Zawolskiej):
  • temperatura powietrza wynosiła rano +6 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 5 stóp 0 cali

Szóste dziecko pary małżonków Józefa i Anny Zawolskich urodziło się po kolejnych trzech latach. Był sobotni wieczór 2 marca 1895 roku. O godzinie dziewiętnastej Anna urodziła trzeciego syna, któremu nadano imię Bronisław (w sumariuszu zapisano dwa imiona Antoni Bronisław, link). Trzeciego syna Józef ochrzcił "dopiero" po dwudziestu trzech dniach (w czasach obecnych uważane byłoby to za bardzo szybkie dopełnienie sakramentu świętego). W poniedziałek 25 marca Józef wraz ze świadkami, także tak jak i on rolnikami z Budek Wielgoleskich: Stanisławem Bontrukiem (54 lata) i Mikołajem Dąbrowskim (46 lat) stawił się o godzinie trzynastej przed księdzem latowickim Piotrem Godlewskim (przypomnieć tutaj muszę, iż pierwsze dziecko Józefa i Anny - Antoni było chrzczone w sobotę, kolejna czwórka dzieci została ochrzczona w niedzielę, a to oto szóste w poniedziałek - sprawdziłam, czy to nie był przypadkiem poniedziałek wielkanocny, ale nie - Wielkanoc roku 1895 wypadała 14 kwietnia, link). Na rodziców chrzestnych zostali tym razem wybrani: ksiądz Edward Sawicki /!/ oraz Marianna Repecińska. (akt nr 83/1895 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Dla roku 1895 brak jest wydań on-line "Gazety Warszawskiej".

Ostatnim, siódmym potomkiem Anny i Józefa była córka Julianna. Urodziła się ona w piątek 18 marca 1898 roku o godzinie trzeciej w nocy. W kolejną niedzielę 27 marca dziewczynka została ochrzczona, a jej rodzicami chrzestnymi byli: Antoni Kowalski (27 lat) i Ludwika Wagner. Ojcu dziecka i jego rodzicom chrzestnym towarzyszył w tej uroczystości także Stanisław Zawolski (48 lat). Wszyscy mężczyźni byli rolnikami zamieszkałymi w Budkach Wielgoleskich. (akt nr 94/1898 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Dla roku 1898 brak jest wydań on-line "Gazety Warszawskiej".

Z premedytacją nadałam temu wpisowi dosyć przewrotny tytuł. Mam świadomość, iż życie rodziny Józefa i Anny Zawolskich - moich praprapradziadków na przestrzeni dwudziestu lat nie składało się zapewne jedynie ze szczęśliwych chwil i radosnych wydarzeń, ale temat wesela i narodzin dzieci w taki czas jak teraz - czas adwentu wpisał się idealnie. Już teraz pragnę wszystkim moim czytelnikom złożyć najserdeczniejsze życzenia wesołych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Do następnego razu ... być może już w Nowym Roku :)


*******

4 komentarze:

  1. Taką liczną gromadkę zapewne ciężko było utrzymać. Ciekawe jak im się potoczyło dalej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotko, na pewno było ciężko, nie łudzę się, że w XIX-wiecznej wsi było łatwo żyć. Na razie wszystko wskazuje na to, że jednak wszystkie latorośle Anny i Józefa przeżyły okres dziecięcy ... wiem na pewno o późniejszym założeniu rodziny przez dwoje z nich - moją praprababcię Antoninę i jej brata Bronisława. Co dalej przyniesie kwerenda to się okaże ...

      Usuń
  2. Niestety często latorośle nie dożywały wieku dorosłego :( w moim drzewie też było kilka takich przypadków że np. na siedmioro dzieci tylko dwoje dożyło lat w których mogliby założyć rodzinę... Trzymam kciuki aby okazało się że więcej ich przeżyło i wiodło szczęśliwe życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Małgosiu to prawda, mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że ówcześnie "normą" była śmierć w wieku dziecięcym ... i z gromadki maluchów faktycznie przeżywało tylko kilkoro - w najlepszym przypadku. Mam mnóstwo takich przykładów u siebie w drzewie, ale tym razem po przejrzeniu ksiąg metrykalnych do roku 1911 włącznie (co prawda tylko z Latowicza - nie wiem gdzie zmarli moi 3xpradziadkowie, tylko przypuszczam, że w Budkach) nie natrafiłam na żaden akt zgonu nikogo z tej siódemki dzieciaków ... ale tak jak pisałam, dalsza kwerenda pokaże ...

      Usuń