czwartek, 30 marca 2017

ALEKSANDRÓW ... A JEDNAK KOLONIA!

Poprzedni post poświęcony parze moich 5xpradziadków Feliksowi vel Felicjanowi i Łucji Kowalewskim jest oczywistym wprowadzeniem do dalszych rozważań i opowieści osadzonych w niegdyś nowo-mińskiej (obecnie to powiat miński z władzami powiatowymi w Mińsku Mazowieckim) parafii Jakubów. Na kanwie tego, co tam opisałam, dzisiaj pragnę zgłębić między innymi historyczne aspekty powstania miejscowości, odnośnie której miałam wątpliwości, czy obecna wieś Aleksandrów jest tożsama z Kolonią Aleskandrów wzmiankowaną w XIX-wiecznych aktach metrykalnych, a w której to miejscowości (przynajmniej do roku 1841) mieszkali moi Kowalewscy protoplaści. Odniosę się także do sprawy pochówku moich praprapraprapradziadków na jakubowskim cmentarzu, a także przedstawię kolejne hipotezy i próby odpowiedzi na wciąż pojawiające się nowe pytania dotyczące przodków Kowalewskich. A to wszystko dzięki odnalezionej, z racji genealogicznej pasji, mojej kuzynce Ewie, z którą mamy w jakubowskiej parafii wspólnych przodków Królaków. Parafia Jakubów jest od wielu lat w kręgu jej zainteresowań, więc wiedza jaką Ewa na jej temat posiada jest bogata i dla mnie niezwykle cenna. Kuzynka owa przekazała mi kilka gotowych odpowiedzi na moje wcześniejsze wątpliwości, którymi chciałabym się tutaj podzielić.

Geneza powstania Kolonii Aleksandrów.
Zagadnieniem pierwszym, które Ewa poruszyła, w przesłanej do mnie wiadomości, jest ustalenie tożsamości Kolonii Aleksandrów i, co się z tym wiąże, wytłumaczenie określenia ⏩kolonista⏪ w odniesieniu do mieszkańców owej miejscowości.
Otóż w roku 1839 ówczesny właściciel dóbr Łaziska Aleksander Ro(ó)żniecki przekazał część gruntów z posiadanego majątku (o powierzchni około 260 hektarów) pod nową osadę nazwaną (być może na jego cześć) Aleksandrów. Teren ten został podzielony na dwadzieścia dziewięć osad (gospodarstw), które zostały nadane, określonym włościanom, w wieczystą dzierżawę. Kontrakt ów określał nie tylko dokładny podział terenu - komu i w jakiej wielkości przypada dzierżawiony teren, ale także wzajemne powinności (prawa i obowiązki) zarówno właściciela dóbr jak i kolonistów. Warto wspomnieć, że teren, który przypadł w udziale dzierżawcom to były w głównej mierze lasy i zarośla wymagające ogromu pracy, aby zamienić je w przynoszące dochód gospodarstwa. Zresztą, w spisanym kontrakcie zostało szczegółowo określone w jakim czasie koloniści mają doprowadzić otrzymany teren do stanu, aby mogli się z niego sami utrzymać i aby mógł on przynosić dochód pozwalający na opłacanie czynszu dzierżawnego. Poniżej zamieszczam w całości (za zgodą autorki) opracowanie, które Ewa sporządziła w celu wyjaśnienia zawiłości dotyczących Aleksandrowa i jego mieszkańców. Dane do opracowania zostały przez autorkę pozyskane z księgi wieczystej dóbr Łaziska przechowywanej w Archiwum Państwowym z Oddziałem w Otwocku. Gorąco zachęcam moich czytelników do zapoznania się z tym opracowaniem.





/Opracowanie dotyczące genezy powstania Kolonii Aleksandrów - Ewa Migdalska, 2017/

Jak wynika z wykazu zamieszczonego w powyższym opracowaniu, wśród kolonistów, którzy zostali "obdarowani" ziemią byli:
  1. Jakub Kowalski            - otrzymał osadę nr 8 o powierzchni około 9 hektarów
  2. Grzegorz Kowalewski  - otrzymał osadę nr 17 o powierzchni również około 9 hektarów
  3. Michał Kowalewski      - otrzymał osadę nr 19 o powierzchni także około 9 hektarów
Już tutaj pojawiają się kolejne wątpliwości i pytania ... czy owy Jakub Kowalski to "mój" Jakub Kowalewski, a różnice w brzmieniu nazwiska to jedynie oboczność tego nazwiska (wiem przecież, że już w roku 1840 - śmierć matki Łucji Kowalewskiej z Gurczyńskich Jakub Kowalewski był zapisywany jako kolonista z Aleksandrowa, a inny Jakub w wykazie dzierżawców terenów wyodrębnionych pod nową osadę zwaną Aleksandrowem wszak nie występuje). W aktach metrykalnych z lat późniejszych, które będę jeszcze przytaczać, Jakub występuje niejednokrotnie jako Kowalewski, ale zdarza się także, że zapisywany był jako Kowalski, przy czym nie mam wątpliwości, że w tych przypadkach chodzi właśnie o "mojego" Jakuba. Na chwilę obecną sądzę (po przeanalizowaniu dostępnych źródeł), że owy Jakub Kowalski, który dostał w dzierżawę osadę nr 8 to faktycznie mój pradziad, a zdarzająca się zmiana brzmienia nazwiska nie jest czymś dziwnym, choć zdecydowanie utrudnia dalsze poszukiwania genealogiczne i trzeba być niezmiernie czujnym, bowiem o pomyłkę w tym przypadku bardzo łatwo (w jakubowskiej parafii występują zarówno Kowalewscy jak i Kowalscy, których jest nawet znacznie więcej).
Grzegorz Kowalewski z osady nr 17 - tutaj nie mam żadnych wątpliwości, że chodzi o brata Jakuba, a syna Feliksa, natomiast Michał ... kim był? trzecim z synów Feliksa? Dalsza kwerenda pokaże i potwierdzi, bądź też zaprzeczy takiej hipotezie.
Nie mam, wszak, już wątpliwości dlaczego w spisywanych aktach metrykalnych mieszkańcy Aleksandrowa (w tym także synowie Feliksa - Jakub i Grzegorz Kowalewscy) byli określani jako koloniści. Wyjaśnienia natomiast wymaga fakt określania w przedmiotowych dokumentach samego Feliksa jako wyrobnika. Przypuszczać mogę, że około siedemdziesięcioletni Feliks zamieszkał u któregoś z synów (był zbyt leciwy, żeby dostać swój "przydział" ziemi) i utrzymywał się z prac dorywczych, zwanych ówcześnie wyrobkiem.
Wiem, że jeśli chodzi o Jakuba Kowalewskiego vel Kowalskiego - mojego4xpradziadka to nie mieszkał on długo w Aleksandrowie (co wykażę w kolejnym wpisie na blogu; w każdym bądź razie w roku 1852 jego miejsce zamieszkania to sąsiednie Moczydła). Zaczęłam zastanawiać się czemu tak się stało, że opuścił on w którymś momencie na przestrzeni lat 1841 - 1852 dzierżawioną ziemię i przeniósł się do wsi sąsiedniej. W kontrakcie zawartym między panem Ro(ó)żnieckim, a kolonistami zapisano, jak wspomina w swoim opracowaniu Ewa, że w ciągu pierwszych sześciu lat od otrzymania ziemi w dzierżawę koloniści byli zwolnieni z płacenia czynszu, a czas ten był dla nich okresem wytężonej pracy. Mieli oni wykarczować lasy, zagospodarować nieużytki, pobudować domy i niezbędne w obejściu zabudowania gospodarskie, czyli stworzyć od podstaw w pełni działające i przynoszące dochód gospodarstwa (a wszystko to wykonywać mieli własnymi rękami jedynie przy współudziale członków własnej rodziny, bo nie mam złudzeń, że stać ich było na wynajęcie pracowników). W przypadku niewywiązania się z umownych terminów, kolonista nie otrzymywał dodatkowych zwolnień z płacenia czynszu, a jeśli nie byłoby go stać na te zapłaty mógł, w najgorszym razie, zostać nawet usunięty z osady. Z pewnością wszyscy koloniści starali się terminowo wywiązać z nałożonych na nich obowiązków, ale nie można wykluczyć, że nie wszystkim sztuka ta się udawała. Być może byli tacy, którzy po sześcioletnim okresie tzw. wolnizny zostali z osady usunięci, lub sami rezygnowali nie mogąc wywiązać się z umowy. Pierwsze umowne płatności za dzierżawę osad w Aleksandrowie miały nastąpić w roku 1847 i miały być dokonywane corocznie (w wysokości 7 złotych polskich z jednej morgi gruntu, tak więc koloniści posiadający około 9 dzisiejszych hektarów, tj. 16 mórg musieli być przygotowani na opłatę 112 złotych polskich), a płatność następowała w dwóch ratach: pierwsza na dzień 1 kwietnia, a druga na dzień 1 listopada. Mogę sobie wyobrazić, że wcale nie było lekko wypracować taki przychód zważając, że w pierwszych latach gospodarstwa nie przynosiły żadnego dochodu, a wręcz były dla kolonistów dodatkowym kosztem. Termin pierwszej zapłaty ustalony na dzień 1 kwietnia też nie ułatwiał wywiązania się ze zobowiązania, bowiem okres przednówkowy na wsi był czasem niezwykle ubogim, często nie było co do garnka wrzucić nie mówiąc o odłożeniu kwoty potrzebnej na zapłatę (w przypadku mojego przodka było to 56 złotych polskich). Poniżej przedstawię, pokrótce, jak wyglądała ówcześnie siła nabywcza polskiego złotego, bowiem dopiero takie zestawienie pozwoli zobrazować wielkość obciążeń aleksandrowskich kolonistów.
Na początek trochę historii - pojęcie złotego polskiego pojawiło się w XV wieku, ale była to początkowo jedynie jednostka obrachunkowa, a nie realna moneta. Złoty odpowiadał 540 denarom lub 30 groszom lub 1 złotemu dukatowi o masie 3,4 g (monetę tę zwano zwyczajowo czerwonym złotym). W roku 1766 król Stanisław August Poniatowski przeprowadził gruntowną reformę monetarną, otworzył Mennicę Państwową i zaczął bić monety z prawdziwego zdarzenia, trzymające ustalone standardy wagowe. Skutki tej reformy osłabił zalew fałszowanych złotych z Prus (na zlecenie Fryderyka Wielkiego, co miało dodatkowo rozregulować gospodarkę Rzeczypospolitej). Niemniej złoty polski przetrwał, a w czasach Królestwa Polskiego miał stałą wartość 15 kopiejek i funkcjonował nie tylko jako pieniądz fizyczny, ale także jako jednostka przeliczeniowa na rosyjskie ruble /źródło: Skąd ten złoty?/. Podając za publikacją Józefa Szwagrzyka "Pieniądz na ziemiach polskich X - XX w." (ISBN 8304011239) w latach 1840 - 1847 w Warszawie funkcjonowały następujące przykładowe ceny:
  • wół 105 - 315 zł
  • cielę 10 - 40 zł
  • wieprz 35 - 152 zł
  • garniec mleka* 17 - 30 gr
  • funt** cukru 30 - 50 gr
  • jajo 1,5 - 2 gr
  • funt białego chleba ok. 6 gr
  • korzec*** mąki pszennej ok. 50 zł
  • korzec ziemniaków ok. 7 zł
  • nauka ucznia zamożnego w Instytucie Agronomicznym w Marymoncie wraz z utrzymaniem, rocznie 600 zł
  • nauka i wyżywienie (gorsze) dla ubogich uczniów, mieszkanie bez wygód, miejsce jak wyżej, rocznie 400 zł
Wg systemu miar Królestwa Polskiego (tzw. miary nowopolskie) wprowadzonego w 1819 roku i oficjalnie funkcjonującego do roku 1849, kiedy zastąpiły go miary rosyjskie (w praktyce korzystano z niego także później):
* 1 garniec - nowopolska miara ciał płynnych = 4 kwarty = 4 litry
** 1 funt - nowopolska miara masy = 16 uncji = 32 łuty = 0,405504 kg
*** 1 korzec - nowopolska miara ciał sypkich = 4 ćwierci = 128 litrów

Jak widać te 112 złotych rocznie czynszu dzierżawnego plus dodatkowo dziesięcina płacona na kościół parafialny w wysokości 1 złotego rocznie od dymu (czytaj: od komina, od domu), co wydaje się kwotą znikomą w stosunku do wysokości opłaty za dzierżawę osady, stanowiło niemałe obciążenie włościańskiego budżetu.
Podsumowując, mój 4xpradziadek Jakub Kowalewski w roku 1840 i 1841 na pewno w Aleksandrowie mieszkał i zmagał się z trudami stworzenia gospodarstwa od podstaw. Wiem także, że w roku 1852 mieszkał już w sąsiednich Moczydłach. W kolejnym wpisie prześledzę wszystkie wydarzenia zaszłe w jego rodzinie, które może naprowadzą mnie na jakiś trop, czemu jednak na dzierżawie w Aleksandrowie nie pozostał na stałe. Nadmienię jeszcze tylko, że jeśli chodzi o Moczydła, to mają one zupełnie inną genezę powstania i znacznie wcześniej to nastąpiło, bo już w wieku XV. Jednakże w roku 1853 oddzielono grunty tej miejscowości od dóbr Łaziska i także "rozdano" je kolonistom na zasadzie wieczystej dzierżawy. Może to też jest jakiś trop? Niemniej, analizując dokładniej koleje losu mojego antenata Jakuba Kowalewskiego (czego podejmę się, tak jak wspomniałam, w kolejnym poście) być może uda mi się ustalić powody opuszczenia przez niego Kolonii Aleksandrów. Jeszcze inną sprawą czekającą na rozwiązanie jest ustalenie skąd przybyli do Aleksandrowa Jakub, Grzegorz i ich ojciec Feliks Kowalewscy. Również, kim był dla nich Michał - dzierżawca osady nr 19? Także i na te pytania postaram się, w kolejnym wpisie, odpowiedzieć.

Krótka historia jakubowskiego cmentarza parafialnego.
Inną nieścisłością, na jaką Ewa zwróciła mi uwagę jest sprawa jakubowskiego cmentarza. Przyjęłam - mylnie, iż obecny cmentarz położony przy drodze wiodącej do pobliskiej wioski Góry istniał już w pierwszej połowie XIX wieku. Jednak historia przedstawia się inaczej. Na przełomie XIX i XX wieku podjęto decyzję o budowie w Jakubowie nowego kościoła. Ówczesny cmentarz położony bezpośrednio przy starym kościele został wówczas zlikwidowany. Ewa przypuszcza, że być może nieliczne szczątki zostały przeniesione np. do zbiorowego grobu na terenie dzisiejszego cmentarza, ale to tylko domysły. Nowy kościół powstał w latach 1903 - 1905 (inne źródła mówią o latach 1900 - 1903) na miejscu starego, lub w jego bliskim sąsiedztwie, a cmentarz przeniesiono - zgodnie z wymogami* - poza zabudowany teren wsi.
* "... W drugiej połowie XIX wieku rozpoczęto zakładanie cmentarzy z dala od siedzib ludzkich. Była to realizacja edyktu Fryderyka Wielkiego z 1773 roku. Wiązało się to z dynamiką architektonicznego rozwoju (tutaj zapewne chodzi o tereny miejskie - przypisek własny) oraz względami natury sanitarnej. Cmentarze lokalizowano głównie przy drogach śródpolnych, w odległości dochodzącej czasami  do 1 kilometra od zabudowań. Sposób podziału przestrzeni wewnętrznej cmentarza podkreślany był nasadzeniami drzew. Granice założeń cmentarnych wyznaczano szpalerami, najczęściej świerkowymi lub głogowymi, a aleje wewnętrzne, główne i boczne - nasadzeniami lipy drobnolistnej. Pod koniec XIX wieku pojawiły się cmentarze zakładane w lasach lub na ich obrzeżach. Wyróżniają się obecnością swobodnego drzewostanu leśnego z kształtowanym, regularnym układem kwater i alej ..." /źródło: "Flora naczyniowa cmentarzy na obszarze Słowińskiego Parku Narodowego" - Zbigniew Sobisz, Wojciech Antkowiak, 2009/

Mapa pokazująca lokalizację obecnego kościoła parafialnego i nowego cmentarza w Jakubowie
/źródło: google.pl/maps/

Zastanawia mnie kiedy dokładnie został założony nowy cmentarz, bowiem jedne z najstarszych nagrobków tam się znajdujących pochodzą z drugiej połowy XIX wieku i są to: nagrobek z roku 1862 (pochowano w nim proboszcza jakubowskiej parafii, księdza Andrzeja Sypniewskiego - tego samego, który między innymi, przyjmował wiadomość o śmierci moich 5xpradziadków Feliksa i Łucji Kowalewskich) oraz nagrobek z roku 1886 - obywatela Jana Skwierczyńskiego.
Myślę, że na odpowiedzi na pytania odnośnie cmentarza i na rozwianie wątpliwości z tym związanych miałabym szanse w rozmowie z obecnym proboszczem parafii Jakubów (to już kolejna przesłanka, aby do Jakubowa wybrać się z wizytą).
Jeszcze raz pragnę w tym miejscu podziękować Ewie Migdalskiej - mojej odnalezionej kuzynce za podzielenie się ze mną obszernymi informacjami na temat majątku Łaziska.


*******

piątek, 17 marca 2017

FELIKS I ŁUCJA - PROTOPLAŚCI RODZINY KOWALEWSKICH

Jak już niejednokrotnie wspominałam, nazwisko ⏩Kowalewski⏪ występujące w moim wywodzie przodków nosiła, jako swoje nazwisko panieńskie, moja prababcia Aleksandra I voto Jezierska II voto Sówka (o prababci będę jeszcze szerzej pisała, ale najpierw chcę przedstawić wszystkich jej przodków). Rodzinie jej matki - Antoniny z Zawolskich poświęciłam dotychczasowe wpisy na moim blogu, natomiast teraz przyszła kolej na podzielenie się odkrytymi przeze mnie faktami z życia przodków ojca prababci Aleksandry - Jana Kowalewskiego. 
Niniejszym opuszczam, jedynie chwilowo, latowicką parafię, by wraz z kolejnymi pokoleniami przodków Kowalewskich przenieść się do oddalonej nieco na północ od Latowicza (o około trzydzieści kilometrów) parafii w Jakubowie. Swoją opowieść rozpocznę od najstarszego znanego mi wydarzenia rodzinnego - smutnego wydarzenia jakim był pogrzeb mojej 5xprababci Łucji Kowalewskiej z Gurczyńskich.
Miejsce wydarzenia to Kolonia Aleksandrów leżąca w obecnej gminie Jakubów w powiecie mińskim województwa mazowieckiego. To tutaj mieszkała moja prapraprapraprababka Łucja wraz ze swoim mężem Feliksem Kowalewskim.

Powiat nowo-miński Guberni Warszawskiej
"Atlas Geograficzny Ilustrowany Królestwa Polskiego", J.M. Bazewicz, Warszawa, 1903 - 1907
/na mapce zaznaczyłam Aleksandrów i Wielgolas/
/odnośnik do elektronicznej wersji mapy/

W procesie genealogicznej kwerendy dotarłam do najstarszego znanego mi dokumentu mówiącego o tej parze moich przodków. Jest to akt nr 16/1840, par. św. Anny Jakubów spisany na okoliczność śmierci Łucji. Otóż, w dniu 17 kwietnia 1840 roku o godzinie dziesiątej z rana stawił się w jakubowskiej kancelarii parafialnej przed proboszczem księdzem Andrzejem Sypniewskim siedemdziesięcioletni wyrobnik Feliks Kowalewski - mój 5xpradziadek, zamieszkały w Kolonii Aleksandrów, aby zgłosić śmierć swojej żony. Towarzyszył mu, jak się później okaże, jego syn Jakub - zapisany jako kolonista mający lat czterdzieści.

Warto w tym miejscu wytłumaczyć dwa określenia pojawiające się w tym akcie, a mianowicie wyrobnik i kolonista.
Wyrobnik - według "Słownika Języka Polskiego" Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedżwiedzkiego, Tom VII, wydanie 1919 r., Warszawa, str. 1006 (str. 1023 wydania elektronicznego) to człowiek żyjący z wyrobku, najemnik, robotnik dorywczy; inaczej robotnik dniówkowy, nie brakowało ich zarówno w miastach jak i na wsiach, były to osoby nie mające stałego zatrudnienia, wynajmujące się do różnych prac fizycznych i należały do najniższej, ubogiej warstwy społecznej zarówno mieszczan, jak też włościan.
Kolonista - osadnik rolny; spotkałam się z określeniem, że często była to dosyć uprzywilejowana warstwa rolników, dorabiająca się nieraz folwarków, czy większych obszarów roli (w przeszłości właściciele majątków często stwarzali dogodne warunki dla osiedlania się na terenach wyludnionych, źle zagospodarowanych, bądź też wcześniej w ogóle niezaludnionych, wymagających ogromnego wkładu w stworzenie korzystnych warunków do gospodarowania), często koloniści przybywali z dosyć odległych terenów (np. całego Królestwa Polskiego, ale także z okolicznych ziem państw ościennych), niemniej kolonistami nazywano także rolników przybyłych z sąsiednich wsi i majątków i niekoniecznie musiała się taka przeprowadzka wiązać z wymiernymi korzyściami dla przesiedleńców.

Wracając do odnalezionego aktu ... dnia onegdajszego (w porównaniu do dnia, w którym stawili się zgłaszający zaszły fakt), czyli dnia wcześniejszego niż wczorajszy (przyjmuję, jak większość znanych mi genealogów, że to oznacza dzień przedwczorajszy, choć nie musi być to regułą, bowiem onegdaj to mogło znaczyć kiedykolwiek wcześniej, kilka dni wcześniej - tego już nie uda się ustalić ze stuprocentową pewnością) ... tak więc, dnia onegdajszego, czyli przyjmuję, że 15 kwietnia roku 1840 o godzinie pierwszej po południu zmarła w Kolonii Aleksandrów Łucja z Gurczyńskich Kowalewska, mająca lat sześćdziesiąt pięć (urodziła się zatem około roku 1775). Pozostawiła po sobie owdowiałego męża.
Tyle o tym smutnym fakcie mówi zachowany dokument spisany sto siedemdziesiąt siedem lat temu. Ale analizując informacje w nim zawarte można wywnioskować znacznie więcej i właśnie tego się teraz podejmę.
W swoich poprzednich wpisach przybliżałam już XIX-wieczne zwyczaje związane z chrzcinami i zaślubinami mającymi miejsce na mińskiej (niegdyś nowo-mińskiej) ziemi. Dzisiaj pokuszę się o opisanie, pokrótce, obrzędów związanych z pogrzebem. Tak oto przedstawił je Oskar Kolberg, polski etnograf i folklorysta, żyjący w latach 1814 - 1890, który jako pierwszy z badaczy zebrał i usystematyzował kulturę ludową, dzieląc ją według regionów. Efektem jego pracy jest m.in. obszerne, wielotomowe dzieło pt. "Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce". W opracowaniu wydanym w roku 1887 w Krakowie pt. "Mazowsze. Obraz etnograficzny", w tomie III zwyczajowo zwanym "Mazowsze leśne Oskara Kolberga", a poświęconym zwyczajom i obrzędom ludu mazowieckiego prawego brzegu Wisły autor pisze, cytuję:
  1. Nieboszczyka lub nieboszczkę obmyje uproszony o to dziad lub baba, oblecze i śpiewa nad nim nabożne pieśni. Albo też czyni to sam gospodarz i gospodyni, gdy im dziecko lub krewniak umarł. Ubierając do trumny, kładą na mężczyznę koszulę, spodnie, kamizelkę, pas i buty; sukmana zaś pozostaje w domu. Kobietę ubierają zwykle w czepek, trzewiki, pończochy, fartuch i koszulę; niekiedy dodają do tego gorset i chustkę na głowę. Dziewkę ubierają jak do ślubu. Młodym kładą kwiaty ko trumny, strojąc niemi zwykle twarz.
  2. Ciało wyprowadzają czasami drugiego dnia, a nawet i pierwszego do kościoła; bogatszych stawiają na kościele (w środku kościoła przed przybytkiem v. presbyterium), uboższych w kruchcie. Nazajutrz odbywa się pogrzeb. Trumna zamknięta na wieko. Przechodząc obok figury lub krzyża za wsią, przystawają i wieko otwierają. Wówczas ktoś ze starszych krewnych, w imieniu zmarłego, przeprasza obecnych w tych lub tym podobnych słowach:  "D u s a   t a   w a s  p r o s i ,   a z e b y ś c i e   j e j   d a r o- w a l i   i   p r z e b a c y l i   w s z y s t k o   w   c e m   w a m   s i ę   z a s ł u z y ł a   n a   z ł e ,   w s z y s t k i e   j e j   w e l e (względem)  w a s   w i n y   i   k r z y w d y    w a s e   j a k i e ' ś c i e   m o g l i   o d   n i e j   d o z n a ć ;   c y   j e j   p r z e b a c a- c i e ,   c y   j e j   t e g o   n i e   p a m i ę t a c i e ?"  -  A obecni mówią i odpowiadają jeden przez drugiego:   N i e  p a m i ę t a m y j e j   w   c e m   s i ę   n a m   ź l e   z a s ł u ż y ł a   t a   d u s a ,   n i e m a m y   d o   n i e j   z a d n e j   z ł o ś c i ; a ten i ów odzywa się:  n i e c h   ś p i   z   B o g i e m ! - n i e c h   m a   o d p o c y n e k   w i e c n y ! - n i e c h a j b y   j a s n o ś ć   B o s k ą o g l ą d a ł a !  i.t.p. Po czem zamykają wieko i odnoszą nieboszczyka na cmentarz. Nad grobem śpiewają znane pieśni nabożne za umarłych. Ksiądz odprowadza zwykle ciało do figury, a czasami i na cmentarz.
  3. U bardzo zamożnych tylko, miewa miejsce uczta pogrzebowa, na którą zapraszają krewnych i przyjaciół. Dziś, rzadko kto (nawet z bogatszych) ją wyprawia. W okolicy jednak Siedlec, Łukowa, spraszają księdza i krewnych na tak zwane  B o ż e   o b j a d k i , dość skromnie zastawiane.
  4. Siano lub słomę na którem leżał nieboszczyk wynoszą za gumno na pole i palą.
"Pogrzeb na wsi" 1878, Stanisław Witkiewicz (1851 - 1915)

Odległość ze wsi Aleksandrów do cmentarza w Jakubowie wynosi około czterech kilometrów (zastanawia mnie czy Kolonia Aleksandrów jest tożsama z dzisiejszym Aleksandrowem - na współczesnych mapach google widnieje tylko wieś Aleksandrów, może XIX-wieczna Kolonia Alaksandrów była położoną nieco na uboczu częścią Aleksandrowa?). Kondukt żałobników pokonywał tę odległość zapewne pieszo i zajmowało to znacznie więcej czasu niż "zwykła" niedzielna wyprawa do kościoła.
Nie łudzę się, że nagrobek Łucji (raczej na pewno ziemny, może z drewnianym krzyżem, położony na małym wiejskim cmentarzu) zachował się do dnia dzisiejszego. Nie jest to możliwe, wszak z XIX wieku zachowały się na cmentarzach ogólnie nieliczne tylko grobowce murowane i to tych znamienitszych i zasłużonych dla określonej społeczności obywateli (a trzeba wziąć także pod uwagę koleje pogmatwanej historii naszego kraju, liczne niepokoje, zamieszki, powstania, wojny, które odcisnęły swoje piętno także na miejscach pochówku naszych przodków). Niemniej mam pewność, że moja 5xprababka Łucja została pochowana gdzieś pomiędzy 15, a 17 dniem kwietnia 1840 roku na tym małym wiejskim cmentarzu, którego na pewno nie omieszkam odwiedzić - choćby tylko dla samego zaspokojenia mojej ciekawości, gdzie też, sto siedemdziesiąt siedem lat temu, zebrali się bliscy Łucji, aby ją ostatecznie pożegnać.


Widok na cmentarz w Jakubowie /źródło: google.pl/maps/

Nadmienię jeszcze tylko, że połowa kwietnia tamtego roku była czasem szczególnym dla wszystkich wierzących katolików i okresem dla nich najważniejszym w całym roku. 16, 17, 18 i 19 kwietnia 1840 roku to Triduum Paschalne (Wielki Czwartek, Piątek, Sobota i sama Wielkanoc). W kościele katolickim rozpamiętywano ostatnie chwile Jezusa przed sądem i męką, drogę krzyżową, śmierć Jezusa i na koniec celebrowano jego zmartwychwstanie. Dla Feliksa Kowalewskiego i jego bliskich był to wszakże czas odejścia i pożegnania jego żony Łucji. W rodzinie na pewno panowała wówczas atmosfera smutku, zadumy i żałoby, ale może także i nadziei, którą nakazywała wiara.
Mój praprapraprapradziadek Feliks Kowalewski przeżył swoją małżonkę zaledwie o dziesięć miesięcy. Przeglądając księgę metrykalną jakubowskiej parafii za rok 1841 natrafiłam na akt dokumentujący zgłoszenie śmierci Feliksa (akt nr 16/1841, par. św. Anny Jakubów).
O godzinie dziewiątej rano, 1 marca 1841 roku w kancelarii parafialnej, w której urzędował ksiądz proboszcz Andrzej Sypniewski zjawili się: Grzegorz Kowalewski (trzydzieści siedem lat) i Jakub Kowalewski (czterdzieści lat), obaj koloniści zamieszkali w Aleksandrowie (w treści aktu podano właśnie taką nazwę miejscowości, natomiast na marginesie, gdzie wpisywano numer bieżący aktu i nazwę miejscowości, w której zdarzenie miało miejsce napisano Aleksandrów Kolonia - czy to oznacza, że nazwy te były używane wymiennie i dotyczyły tego samego terenu? czy tak naprawdę "kolonia aleksandrowska", ku której się skłaniałam nie istniała? a Aleksandrów i Kolonia Aleksandrów to była ta sama jednolita wieś?). Ważną informacją podaną w powyższym dokumencie jest fakt, iż Grzegorz i Jakub Kowalewscy zapisani są jako synowie zmarłego (to właśnie na tej podstawie napisałam kilka akapitów wcześniej, że Jakub był synem Feliksa). Feliks, który w tym akcie występuje pod imieniem Felicjan zmarł 28 lutego o godzinie piątej rano w Aleksandrowie. Był osiemdziesięcioletnim wyrobnikiem, wdowcem po Łucji Kowalewskiej (dziesięć miesięcy wcześniej zapisano, że Feliks miał lat siedemdziesiąt, to pokazuje, że podanego w aktach wieku osób nie należy traktować jako pewnik, a jedynie jako informację orientacyjną). Feliks vel Felicjan Kowalewski urodził się zatem około roku 1761 - 1770 (okres ten, podczas dalszej kwerendy, należałoby, dla pewności, jeszcze poszerzyć o kilka lat w każdą stronę).
Niestety nie znam dokładnego roku, a tym bardziej miejsca urodzenia moich 5xpradziadków Feliksa i Łucji. W aktach ich zgonu nie podano imion ich rodziców. Nie wiem także gdzie i kiedy mogli wziąć ślub (pewne światło rzuca na ten fakt okres narodzin ich synów - Grzegorza i Jakuba, ale tak jak pisałam już wyżej odnośnie daty urodzenia Feliksa, oszacowane na podstawie dwóch odnalezionych aktów zgonów lata narodzin jego synów także należy brać z poprawką +/- przynajmniej pięciu lat).
Nie wiem, na ile wcześniej (przed rokiem 1840) moi Kowalewscy zamieszkiwali Kolonię Aleksandrów, ale określenie kolonista zapisane przy Jakubie i Grzegorzu Kowalewskich sugeruje, że przybyli oni (a więc może także i ich ojciec), w bliżej nieokreślonym czasie, do Aleksandrowa - Kolonii, a może w ogóle na teren parafii Jakubów. A może jednak nazwano ich kolonistami, ponieważ mieszkali w części wsi będącej swoistym przysiółkiem głównych zabudowań zwanej kolonią, w tym wypadku była to Kolonia Aleksandrów, czyli wyodrębniona (jeśli nie administracyjnie, to przynajmniej w lokalnej świadomości okolicznych mieszkańców) część wsi Aleksandrów (kolonie były nieco oddalone od głównych zabudowań danej wsi i z reguły powstawały później poprzez osiedlanie się na ich terenie kolonistów właśnie)? Tylko dlaczego, zatem, w księgach parafialnych jakubowskich nie ma zapisów poświęconych narodzinom Jakuba i Grzegorza? Wszak, z parafii Jakubów, dostępne są księgi metrykalne począwszy od roku 1773. Wśród tych aktów nie znalazłam także tych dotyczących zgłoszenia narodzin Feliksa Kowalewskiego i Łucji Gurczyńskiej (ale w tym przypadku dostępne lata mogą być zbyt późne). Nie ma także ich aktu ślubu. Na tej podstawie mogę zatem sądzić, że wszyscy oni mogli być faktycznie kolonistami, którzy przybyli do jakubowskiej parafii z bliżej nieokreślonego jeszcze miejsca. Mam już nawet pewne przesłanki, na które naprowadziła mnie baza indeksów Polskiego Towarzystwa Genealogicznego, tzw. Geneteka. Na razie napiszę tylko tyle, że wizyta w Archiwum Diecezjalnym Płockim będzie nieunikniona, żeby sprawdzić i potwierdzić bądź zaprzeczyć tym przesłankom. Co z tego wyniknie? Czy uda się rozwiązać tę zagadkę? Czy natrafię na wcześniejsze ślady m.in. i tej linii moich przodków? Czas pokaże. Faktem niezaprzeczalnym jest, że w określonym czasie moi Kowalewscy w Kolonii Aleksandrów mieszkali (oczywiście planuję wizytę i w tych okolicach, więc spróbuję wypytać starszych mieszkańców Aleksandrowa, gdzie dokładnie mogła znajdować się część wsi, zwana niegdyś kolonią).


*******

sobota, 11 marca 2017

Z BUDEK WIELGOLESKICH DO SOPOTU. ŚLADAMI MOJEJ PRAPRABABCI ANTONINY KOWALEWSKIEJ Z ZAWOLSKICH

Rok 1903 to czas pewnych zmian w życiu zarówno dwudziestodwuletniego Jana Kowalewskiego, syna Jakuba i Julianny z Królaków jak i dziewiętnastoletniej Antoniny z Zawolskich, córki Józefa i Anny z domu Trojanek. Od urodzenia mieszkają oni w niewielkich Budkach Wielgoleskich, nie wychylając nosa poza najbliższą okolicę. W tygodniu pomagają w pracach gospodarskich i domowych, każde z nich w swoich rodzinnych domostwach. Jan, wyuczony pracy na roli, pomaga ojcu co sił w rękach i nogach. Antonina, od najmłodszych lat przyuczana przez matkę do prac domowych, krząta się wokół obejścia. W niedziele obie rodziny zapewne uczestniczą w mszach świętych, jadąc ponad osiem kilometrów do kościoła parafialnego w Latowiczu (a może tylko modlą się we własnych domach przed świętym obrazkiem zawieszonym na ścianie nad rodzicielskim łóżkiem, a do kościoła udają się jedynie w czasie świąt kościelnych?). Być może jeżdżą do Latowicza, od czasu do czasu, także w dni targowe poczynić niezbędne zakupy i sprzedać to, co sami wytworzyli, aby zarobić kilka ówczesnych kopiejek. Jednak w dniu 1 lutego 1903 roku co nieco zmieniło się w ich zgrzebnym życiu. Założyli swoją własną, wspólną rodzinę i zaczęli gospodarować "na swoim" (raczej, zgodnie z tradycją, młoda mężatka sprowadziła się do rodzinnego domu swojego męża i mieszkali odtąd wspólnie z jego rodzicami pomagając w pracy na gospodarstwie). Najważniejszą sprawą w ówczesnym małżeństwie było posiadanie potomstwa i regułę tę bezzwłocznie wprowadzano w życie, starając się o jak najbardziej pokaźną gromadkę dzieci (co przy ówczesnej dużej śmiertelności nie jest niczym dziwnym, ani nie jest żadną fanaberią; dodatkowo, szczególnie na wsiach dzieci traktowane były jako niezbędna siła robocza - taka prawda). Faktem jest, że już po niecałych dziesięciu miesiącach małżonkom Janowi i Antoninie urodził się ich pierworodny. Jan musiał znaleźć sobie w tę późnojesienną, ponurą, dżdżystą i wietrzną sobotę 21 listopada (patrz: Kurier Warszawski - Dodatek Poranny, Nr 322 z 1903 roku, str. 2) jakąś pracę i zająć czymś myśli i ręce, bowiem podczas porodu mężczyźni nie mogli być obecni w domu. Być może Antosi pomagała w tych trudnych chwilach babka wiejska, która przyjmowała porody. W końcu o godzinie dziesiątej wieczorem malutkie dziecię pojawiło się na świecie. Obmyto je w ciepłej wodzie, zawinięto od stóp do głowy w powijaki, a już następnego dnia (a jakże, w niedzielę) wczesnym popołudniem zawieziono zawiniątko do kościoła w Latowiczu, aby je ochrzcić i nadać mu imię Bronisław. W podpisanym przez księdza proboszcza Józefa Raubę akcie chrztu nowego członka rodziny (akt nr 246/1903, par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz) zapisano, że Jan - ojciec dziecka jest gospodarzem z Budek Wielgoleskich. Towarzyszyli mu w tym dniu: Franciszek Sochacki, mający lat trzydzieści oraz Józef Zuchowicz, pięćdziesiąt lat mający, obaj także gospodarzyli w Budkach (nic mi jednak te nazwiska nie mówią). Ów Franciszek został ojcem chrzestnym małego Bronka, a na matkę chrzestną rodzice Jan i Antonina wybrali Mariannę Zawolską (być może to starsza o niespełna trzy lata siostra Antoniny? jej panieńskie nazwisko świadczyłoby, że nie wyszła jeszcze za mąż, a była najstarszą z córek Anny i Józefa Zawolskich; szkoda, że nie było zwyczaju zapisywania choćby wieku rodziców chrzestnych, wtedy miałabym pewność, czy dobrze myślę).
Na internetowej stronie biblioteki w Cegłowie (to pobliska do Latowicza miejscowość gminna położona niecałe dwadzieścia kilometrów na północ od niego) znalazłam ciekawy opis dotyczący tradycji i obyczajów rodzinnych okolic Cegłowa (można z pewnością rozciągnąć te zwyczaje także na inne okoliczne miejscowości). Nie było zatem w zwyczaju, tak jak to ma miejsce obecnie, wyprawiania wystawnych chrzcin nowonarodzonych dzieci, a to z uwagi na fakt, że odbywały się one czym prędzej po urodzeniu (śmiertelność dzieci była znaczna i starano się dokonać tego świętego sakramentu jak najszybciej, aby w razie zachorowania i śmierci małego dzieciątka jego duszyczka mogła zasilić grono aniołków, a nie błąkać się i płakać nie mogąc dostać się do raju), a także z uwagi na słabość matki w połogu, która nie była wówczas w stanie przygotować obfitego poczęstunku dla gości. Aby usprawiedliwić jakoś brak hucznie obchodzonych chrzcin, wśród ludności panowało przekonanie iż "chrzciny grane będzie dziecko opłakane". Natomiast nie poddawano w wątpliwość, że trzeba było koniecznie wypić za zdrowie chrześniaka, inaczej będzie mu tego zdrowia brakowało.
Dzieci były wychowywane twardą ręką, w poszanowaniu dla ojca i starszych członków rodziny. Od najmłodszych lat uczone były ciężkiej pracy i w dużej mierze zdane były tylko na siebie, jedynie od czasu do czasu doglądane przez starsze rodzeństwo, lub niezdatnego już do pracy, bo schorowanego starszego członka rodziny. Jednak do skończenia przez dziecko pierwszego roku życia właściwie nie odstępowane było ono przez matkę - w trakcie prac domowych dziecko było huśtane w kołysce, do prac w obejściu, czy na polu kobiety także zabierały niemowlęta zawijając je w bujbę / kolibę (rodzaj przenośnej kołyski zrobionej z kawałka płachty). Dzieci były długo karmione mlekiem matki, po czym od razu dostawały normalne jedzenie przygotowywane dla dorosłych. Mówiło się (i jest to w dużej mierze potwierdzone przez obecną naukę), że póki matka intensywnie karmi dziecko piersią, to nie zajdzie w kolejną ciążę. Jak było u Antosi? Wygląda na to, że sprawdziła się ta naturalna "antykoncepcja". Jeśli przyjmiemy, że mały Bronek karmiony był przez matkę przez około rok, to w okolicach sierpnia 1905 roku powinno pojawić się na świecie kolejne dziecko. I faktycznie tak było, bowiem co prawda nie w sierpniu, a w czerwcu (siedemnastego dnia tego miesiąca, o godzinie szesnastej, a była to ponownie sobota) urodziła się Bronkowi siostrzyczka Oleńka - moja prababcia (akt nr 31/1905, par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). Została ochrzczona także, jak jej starszy brat, już nazajutrz, a sakramentu tego dokonał tym razem wikary latowickiej parafii ksiądz Tytus Kucharewicz. Do chrztu trzymała Oleńkę Marianna Zawolska (czyżby ta sama, która była chrzestną starszego Bronka?) oraz Stanisław Kowalewski (przychodzi mi do głowy jedynie młodszy brat ojca dziecka; o rodzie Kowalewskich szerzej będę pisać w późniejszych postach). Świadkami zgłoszenia narodzin Aleksandry byli: Wojciech Wiechetek ze wsi Redzyńskie oraz Feliks Mućka z Budek (nazwiska do tej pory nic mi nie mówiące).
Ponownie, oprócz samych suchych faktów, które mogę wyczytać z wyżej wspomnianego aktu, mnie interesuje wszystko to, co ponad ... czego w akcie nie ma, a można się dowiedzieć szperając w książkach, a także w zakamarkach internetu. Początek 1905 roku to czas niespokojny, związany z zamieszkami i strajkami w Królestwie Polskim, a te były pokłosiem rosyjskiej rewolucji. Nie przypuszczam, żeby wydarzenia, które miały miejsce w styczniu i lutym w większych przemysłowych miastach Kongresówki (Warszawa, Łódź, Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Ostrowiec, Częstochowa, Radom, Kielce) bezpośrednio dotyczyły mieszkańców okolic Latowicza, w tym także rodziny Jana i Antoniny Kowalewskich, jednakże skutki tej rewolucji (był to szereg także pozytywnych zmian) musiały w jakimś stopniu także i ich dotknąć. Oprócz zmian związanych stricte z ruchem robotniczym i wywalczonych praw dla całej rzeszy pracowników (niestety krótkotrwałych i ciągle likwidowanych przez fabrykantów), w urzędach gminnych dopuszczono używanie języka polskiego (zakazanego przez carat wraz z upadkiem powstania styczniowego), który także powrócił do szkół - to musiało być zauważone nawet przez ludność wiejską Królestwa Polskiego. W Kurierze Narodowym, w jego numerze 46 z dnia 17 czerwca 1905 roku hasłem podanym tuż pod szpaltą tytułową było takie oto przesłanie: "Kochajcie Waszą mowę macierzystą, bo to wasz skarb najdroższy".
Niedziela, 18 czerwca 1905 roku (dzień chrzcin Aleksandry) była w kościele katolickim obchodzona nadzwyczaj uroczyście, a już na pewno w latowickiej parafii, bowiem było to święto ku czci św. Trójcy, a zatem patrona kościoła w Latowiczu. Ponadto mieszkańcy szykowali się już do obchodów Bożego Ciała, które miało miejsce w najbliższy czwartek. Był to zatem czas, dla części społeczności wychowanej w wierze katolickiej, niezwykle doniosły.
Kurier Narodowy (numer wspomniany powyżej, na stronie drugiej, szpalta trzecia) donosił także, że: "... Zielone Świątki, zwykle najliczniejszy z wiosennych odpustów na Jasnej Górze w roku bieżącym słabo dopisał, tak pod względem ilości pielgrzymów, jak pod względem handlowym; tylko na drobne przedmioty dewocyi był zwykły popyt. Ogólna bieda w kraju z powodu dwuletnich nieurodzajów i strajków jest przyczyną i miejscowej stagnacyi handlowej, a zmniejszona ilość pielgrzymów objaśnia się jeszcze bojaźnią przed nieporządkami, ponawiającymi się w większych miastach ...".
To tylko taka krótka prasówka, a ile można dowiedzieć się o zagadnieniach zaprzątających głowy ówczesnego społeczeństwa (przynajmniej jego części)?!
Wracam jednak do spraw, które Jana i Antoninę Kowalewskich - rodzinę włościan z mazowieckiej wsi, zajmowały zdecydowanie bardziej, niźli "gdzieś tam w świecie" próby zaprowadzenia porządków, czy wywalczenia praw robotniczych. Otóż, kolejny trzyletni okres wychowywania dwójki dzieci, czas ciężkiej pracy na roli i w gospodarstwie dawał im zarówno okresy utrapień i troski o zapewnienie podstawowego bytu rodzinie (jak to na wsi), ale także, z pewnością, były w ich życiu chwile nieco bardziej beztroskie, kiedy problemy schodziły na plan dalszy. Małżonkowie nie poprzestali oczywiście na dwójce dzieci, a kolejnym z nich był syn Wiktor urodzony w piątkowy poranek 21 sierpnia 1908 roku (akt nr 139/1908, par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). Został on ochrzczony w najbliższą niedzielę, tak jak i starsze rodzeństwo, o godzinie czternastej, a jego rodzicami chrzestnymi byli: Ignacy Pielasa (będący także jednym ze świadków zgłoszenia narodzin, gospodarz z Budek) oraz Aleksandra Kowalewska (na chwilę obecną nie mam takiej osoby w drzewie, ale była ona zapewne spokrewniona bądź spowinowacona z Janem - ojcem Wiktora, Oleńki i najstarszego Bronka). Drugim ze świadków zgłoszenia narodzin Wiktora był Jan Stempiński (także gospodarz z Budek). Samego obrządku chrztu dokonał wikary kościoła parafialnego Józef Borensztedt (nazwisko odczytane wprost literalnie).
Równo trzy lata po narodzinach Wiktora (21 sierpnia 1911 roku, w poniedziałkowy późny wieczór) urodziła się druga córka Jana i Antoniny - Marianna (akt nr 176/1911, par. św. Walentego i św. Trójcy). W najbliższą niedzielę, bez zbędnej zwłoki, Mariannę ochrzcił sam proboszcz latowickiej parafii, ksiądz Józef Rauba. Do chrztu trzymał dziewczynkę Józef Bontruk (dwudziestoośmioletni gospodarz z Budek) oraz Franciszka Kowalska (cały czas zastanawiam się, czy Kowalewscy zamieszkujący parafię Latowicz są spokrewnieni z Kowalskimi, których w parafii jest, na przestrzeni lat, zdecydowanie więcej ... czy jest to jedynie zniekształcenie nazwiska i należy szukać dowodu na ich powiązania krwi, a może to jednak dwa różne rody?). Warto odnotować, że jednym ze świadków zgłaszających narodziny Marianny był Jan Zawolski, dwudziestoczteroletni, a jakże - gospodarz z Budek (to na pewno jeden z młodszych braci Antoniny - matki dziecka).
Ta czwórka dzieci, o których narodzeniu pisałam wyżej to jeszcze nie wszyscy potomkowie Jana i Antoniny Kowalewskich. Przekazy rodzinne mówią, że moja prababcia Aleksandra miała, na pewno, cztery siostry, a więc gdzieś pomiędzy tymi, już mi znanymi dziećmi (raczej po roku 1911) musiały narodzić się jeszcze trzy dziewczynki. O ile w pamięci rodzinnej nic się nie zachowało odnośnie braci: Bronisława i Wiktora, o tyle o siostrach co nieco wiadomo (same skrawki, ale ważne, bowiem kładą podwaliny do dalszych poszukiwań). Jedna z sióstr mojej prababci Aleksandry wyszła za mąż za, z imienia jeszcze mi nieznanego, Rupietę i mieszkała w podwarszawskiej miejscowości (jak tej siostrze było na imię?). Druga (być może Janina?) mieszkała po ślubie (niestety małżonek nie jest mi znany ani z imienia, ani z nazwiska) w Warszawie. Trzecia to podobno Genowefa Gizkowa (mniemam, że wyszła za mąż za mężczyznę o nazwisku Gizek / Gizka?). Czwarta, to owa Marianna urodzona w 1911 roku.
Wszystko co wiem, na chwilę obecną o rodzinie Jana i Antoniny Kowalewskich przedstawia poniższy wykres, który jednak "okroiłam"  do pokolenia, dla którego mam pewność, że jego przedstawiciele już nie żyją (staram się bardzo uważać, żeby w swoich wpisach przestrzegać ustawy o danych osobowych, a także nie zdradzać żadnych szczegółów z życia osób żyjących - bez ich uprzedniej zgody ... to ważne kwestie dla wszystkich tych, którzy tak jak ja opisują dzieje rodziny i pragną się tym publicznie dzielić; uważam, że na tej płaszczyźnie należy bezwzględnie przestrzegać tych zasad):


Wspomniana już wyżej Marianna, młodsza o sześć lat, jedna z sióstr mojej prababci mieszkała w Sopocie (jak miała na nazwisko po ślubie? Gąsiorowska? tak podają członkowie mojej rodziny - moja babcia, czyli synowa prababci Aleksandry i moja mama, z tego co zapamiętały sprzed lat). Przypuszczam, że mogła tam wyjechać w latach już powojennych (myślę tu o II Wojnie Światowej). Przekazano mi taką informację, że wraz z nią zamieszkała również matka - Antonina (zapewne już po śmierci swojego męża Jana Kowalewskiego - kiedy to nastąpiło? gdzie jest pochowany Jan? ... ciągle do ustalenia). Podobno obie wielokrotnie przyjeżdżały właśnie z Sopotu do rodziny pozostawionej na Mazowszu. Zatem moje poszukiwania odnośnie ustalenia dalszych losów mojej praprababki Antoniny naturalnie zaprowadziły mnie do tego nadmorskiego miasta. I znowu, nie pierwszy to już raz i mam nadzieję, że też nie ostatni, nieocenione bazy internetowe pozwoliły mi na potwierdzenie słów mojej babci i mamy.
Otóż, w wynikach zapytania wpisanego w wyszukiwarkę pochowanych Nekropole.info otrzymałam cztery osoby o imieniu i nazwisku ⏩Antonina Kowalewska⏪, a wśród nich widniała moja praprababcia (nie mam żadnych wątpliwości, bowiem tylko przy danych tej jednej Antoniny widnieje data urodzenia 13 czerwca 1884 roku będąca datą urodzenia mojej praprababki):


Kolejna tablica dała mi potwierdzenie, że Sopot to dobry kierunek badań:


Szukając zatem dalej*, skorzystałam z jeszcze jednej wyszukiwarki, tym razem z Grobonet-u. Miałam szczęście, że cmentarz, na którym pochowana jest moja 2xprababcia znajduje się w bazie danych tego portalu. Moim oczom ukazała się plansza z dokładnymi danymi odnośnie pochówku Antoniny (tak na marginesie, chyba tylko genealog może i umie cieszyć się z odnalezienia grobu swojego przodka, a także czerpać przyjemność ze spacerów po cmentarzach):


Teraz pozostaje już tylko wycieczka nad morze, do Sopotów (jak to kiedyś mówiono). Już ją planuję i układam treść "liściku", który pozostawię pod zapalonym przeze mnie zniczem z informacją dla osób - moich krewnych /sic!/ opiekujących się tym grobem. Warto nadmienić, iż praprababcia Antonina "dzieli" ten grób z inną osobą - niejakim Zbigniewem Markuszewskim (1949 - 1996).




Kim były dla siebie te dwie osoby? Nie mam wątpliwości, że jakieś więzy musiały je łączyć, skoro zostały pochowane razem. Z przekazów rodzinnych wiem, że córka Antoniny - Marianna, u której matka mieszkała, miała dwie córki ... może któraś z nich wyszła za mąż za owego Zbigniewa? Pokolenie, do którego obie należą jak najbardziej pokrywa się w latach z tym, co napisano na płycie nagrobnej przy osobie Zbigniewa Markuszewskiego. Kto wie, może z czasem wyjaśni się ta zagadka?
Po cichu, "po wielkiemu cichu" liczę na to, że dzięki mojemu blogowi i między innymi temu wpisowi, za sprawą cudownego wynalazku, jakim jest sieć internetowa odezwą się do mnie, za czas jakiś, potomkowie nie tylko Marianny z Sopotu, ale także pozostałych trzech sióstr mojej prababci Aleksandry Sówkowej, z pierwszego małżeństwa Jezierskiej, a z domu Kowalewskiej. Może okaże się także, że bracia Bronisław i Wiktor także założyli swoje rodziny? Może i na ich potomków gdzieś natrafię?

* Specjalnie opisuję tak dokładnie moje poszukiwania miejsca pochówku praprababci, podając kolejne jego etapy wraz z linkami do odpowiednich wyszukiwarek, bowiem może komuś przydadzą się takie informacje w odszukaniu swojego przodka. Sama bardzo często korzystam z różnych wskazówek i podpowiedzi innych genealogów.

Na koniec tego wpisu przybliżę jeszcze jak została zapamiętana w rodzinie praprababka Antonina. Jest ona pierwszą osobą, z tych do tej pory przeze mnie opisanych, która w pamięci rodzinnej występuje nie tylko z imienia i nazwiska, ale także jako człowiek, z którym wiążą się określone wspomnienia. Niestety, jak to najczęściej bywa, zbyt późno wypytuję rodzinę. Mój dziadek, będący wnukiem Antoniny, który bez wątpienia ją znał i pamiętał, nie żyje od dwudziestu pięciu lat. Z jego pokolenia żyje jeszcze tylko jedna osoba - jego cioteczna siostra, a córka jednej z sióstr prababci Aleksandry (tej niezapamiętanej ani z imienia, ani z nazwiska po mężu, która podobno mieszkała w Warszawie). Jeśli adres, który członkowie mojej rodziny posiadają okaże się aktualny, to muszę się spieszyć, aby zdążyć porozmawiać z ową ciocią. Na chwilę obecną piszę list, w którym poproszę o spotkanie.
Ale do sedna ... tak moją praprababcię Antoninę zapamiętała moja mama (jej prawnuczka): "... pamiętam jak w latach 50-tych i 60-tych XX wieku prababcia Antonina przyjeżdżała z Sopotu na niewielką mazowiecką wieś Łopiankę położoną nieopodal Łochowa, w odwiedziny do córki Aleksandry (mojej babci). Spędzała tutaj (tak jak i ja) wakacje wraz z trójką swoich wnuków, które przyjeżdżały wraz z nią z Sopotu - Ewą, Wojtkiem i Małgosią (byli mniej więcej w moim wieku). Antonina była kobietą dosyć postawną, wysoką i dobrze zbudowaną, ale nie tęgą, rysy twarzy miała do niej podobne jej córka Aleksandra. Nie była osobą wylewną, raczej spokojna i zamknięta w sobie ...często odwiedzała, w sąsiednich Baczkach, piekarza Wudla (mówiło się, że był on członkiem wspólnoty religijnej Świadków Jehowy, ale czy to prawda?) ...".
W naszej części rodziny nie zachowało się żadne zdjęcie, na którym byłaby praprababcia Antonina, ale nie tracę jeszcze nadziei ... może w sopockiej linii, jeśli tylko uda nawiązać się kontakt, zachowała się jakaś utrwalona na papierze jej podobizna, a może przetrwało także nieco więcej informacji o praprababce z Sopotu, niźli te, które pamięta moja mama?
W celu przypomnienia, zamieszczę jeszcze jeden wykres obrazujący wszystkie wspomniane przeze mnie, do tej pory, osoby pochodzące od małżonków Józefa i Anny Zawolskich (najdalej odsuniętych, znanych mi antenatów w tej linii). Wykres obejmuje trzy pokolenia żyjące na przełomie XIX i XX wieku.