wtorek, 22 listopada 2016

WIELGOLESKIE CUDA. CZĘŚĆ II - KONFRONTACJA WSPOMNIEŃ PRAPRAPRABABCI ANNY ZAWOLSKIEJ Z UDOKUMENTOWANYMI FAKTAMI HISTORYCZNYMI

W części pierwszej odnoszącej się do wydarzeń z okolic Wielgolasu i Latowicza podzieliłam się z moimi czytelnikami odnalezionymi wspomnieniami mojej 3xprababci Anny Zawolskiej. Wpis ten był swoistym wprowadzeniem do dalszych rozważań odnośnie wielgoleskich zagadnień. Dzisiaj chciałabym nanieść na te wspomnienia historycznie udokumentowane fakty.
I tak, w rękopisie Anny znajduje się taki oto fragment: "... Niedaleko tej karpy na takim ni to wzgurku stały 3 stare drewniane krzyże poczerniałe z drzewa dambowego, Pamientam jak jeden się przewrucił i ostały dwa. Powiadali tam się spotykali ojce nasze i tam sie modlili do Matki Przenayświentszej jak nie mogli pujść do Kościoła. To było wtedy jak wojowali z carskiem wojskiem. Nad niemy miał komende Ługowski z Latowicza, nad niem był ksiąc Stempowski a nad niem tylko Pan Bóg w Niebie. Jegry /?/ nieraz ich przycisneli i ostrzelali ale nasze hyżo schronili się w lasach a to były wielowne /?/ lasy i utulili sia u smolarzy i popielaży w lepiankach a Jankiel żyd co trzymał karczme przy gościńcu głownem z Latowicza na Sienice kiej droga odchodzi na granicznik przynosił jem jedzenie. No nie za darmo on to robił ...".
Ważną informacją podaną przez prapraprababkę Annę, na podstawie której, można określić czas wydarzeń jest nazwisko Ługowski. Porucznik Paweł Ługowski był w roku 1863 (w czasie powstania styczniowego) dowódcą około 30-osobowego oddziału powstańczego walczącego z rosyjskim zaborcą. Skupiał w nim ochotników z Latowicza. Wraz z innymi oddziałami funkcjonującymi w powiecie mińskim - ówcześnie siennickim (w tym oddziałem księdza Stanisława Brzóski, oddziałem Marcina Borelowskiego, kapitana Kalinowskiego, a także płk Ziemomysła Kuczyka) grupa latowickich powstańców, uzbrojona w sztucery i pistolety próbowała samodzielnych akcji przeciwko doskonale uzbrojonej armii rosyjskiej. Oddział por. Ługowskiego działał w rejonie Wielgolasu, Seroczyna i Stoczka Łukowskiego. Warto nadmienić, że oddział księdza Brzóski był jednym z najdłużej walczących (dopiero na jesieni 1864 roku ksiądz Brzóska został ujęty przez Rosjan i powieszony w Sokołowie Podlaskim). Powstańczym partyzantom pomagała miejscowa ludność, a także proboszcz parafii w Latowiczu - ksiądz Antoni Stępowski (o którym także jest wzmianka we wspomnieniach prapraprababki). Ksiądz Stępowski został także aresztowany, ale podczas transportowania do oddalonego o niespełna 30 kilometrów Mińska Mazowieckiego oddział powstańców pod dowództwem Kuczyka zorganizował w lesie zasadzkę i w okolicach Wielgolasu odbił aresztanta. Ogromne tereny leśne, które jeszcze w XIX wieku rozciągały się w okolicy Wielgolasu sprzyjały partyzanckiej działalności. To tam partyzanci ukrywali się przed aresztowaniami, a schronienia udostępniali im miejscowi smolarze i popielarze, którzy w lasach zajmowali się wytopem smoły drzewnej, wyrobem popiołu ze spalania drewna i węgla drzewnego, a następnie potażu (którego używano do produkcji mydła, szkła, wyrobów ceramicznych, bielenia tkanin i jako nawozu). Bardzo prawdopodobnym jest, że powstańcy nie mogąc pojawić się we wsi, z obawy przed aresztowaniami, modlili się w miejscu objawienia, a nawet w jego pobliżu chowali, poległych w walkach z zaborcą, swoich towarzyszy broni. To oni zapewne postawili owe trzy krzyże, które stoją do dzisiaj /?/ (dwa oryginalnie zachowane, jeden późniejszy, ale na pewno pochodzący sprzed 1923 roku, co jest zgodne z relacją ówczesnego proboszcza parafii Latowicz księdza Stefana Antosiewicza - ten fakt także pokrywa się z opisem prapraprababci Anny).
Innym ważnym fragmentem we wspomnieniach Anny Zawolskiej są takie oto słowa: "... Kiedy byłam młodom dziewczyno niedaleko budek w lesie majątku Wielgolas był na drzewie zawieszony wysoko obraz. Był to cudowny kolorowy obrazek Matki Przenayświentszej obwieszony koralami rozmaitemi. Cożeśmy szli drogom przez ten las do roboty do niego zaszliśmy i modliliśmy się. A był cudny blask co szedł od niego wieczorem światło biło promienie się rozpościerały jako drogi po których dojść można do nieba ...".
Obraz wisiał wtedy i wisi do dnia dzisiejszego (to nie podlega dyskusji), ale jak wytłumaczyć ten blask od niego bijący? Wspomnieć należy, że Anna Zawolska z domu Trojanek urodziła się około roku 1859 - 1861, a więc była najwyżej kilkuletnim dzieckiem, gdy rozgrywały się wyżej przytoczone wydarzenia. Jako młoda dziewczyna chodziła już razem z innymi do pracy w polu i prawdopodobnie do dworu. Mogły to już być lata 70-te XIX wieku. Najkrótsza droga do wielgoleskiego folwarku wiodła przez las, tuż obok obrazu. Moja Anna modliła się przy nim przed pracą tak jak robiła to jej matka, a może i poprzednie pokolenia również. Czy owy wieczorny blask bijący od obrazu to tylko złudzenie? Wymysł dziecka? Ale przecież inni też tego doświadczali. Ciekawą hipotezę wieczornego blasku roztaczającego się od obrazu przedstawiono na stronie Diecezji Warszawskiej. Otóż, na podstawie ustnych przekazów okolicznych mieszkańców mówiących o światłach w lesie, błądzących ognikach i świecących drzewach wysnuto takie oto wytłumaczenie tych zjawisk - co może także tłumaczyć obserwowany blask bijący od obrazu: miejscowe lasy były, jak już wspomniałam wcześniej, ostoją miejscowych powstańców styczniowych, a w pobliżu obrazu (to dla miejscowych było święte miejsce, w którym niegdyś objawiła się Matka Przenajświętsza - o wytłumaczenie tego zjawiska także się pokuszę) zapewne chowano poległych partyzantów. Przetrwały ustne relacje zachowane przez pokolenia mówiące o wielu mogiłach w lesie. I to jest właśnie sedno rozwiązania zagadki leśnych świateł. Metan powstający w czasie beztlenowego rozkładu szczątków organicznych może ulec samozapaleniu, a uwalniający się fosfor ma właściwości fluorescencyjne. W przypadku nagromadzenia dużych ilości organicznych szczątków na niewielkim terenie jak najbardziej mogły zachodzić zjawiska "świecenia". Były one przez lata obserwowane przez ludność, a z czasem, w sposób naturalny, ulegały osłabieniu. Dla mnie, niedowiarka, jest to sensowne wytłumaczenie.
Kolejnym fragmentem wartym przytoczenia jest: "... Takie to historyje działy sie tu w Wielgolesie. A od kiedy obrazek Matki Przenayświentszej zawieszony na drzewie został to nikt nie pamientał. Powiadali tylko co pierwej u zarania na gałęzi tej choiny pośród gwazd i niebiańskiej jasności Matka Przenayświentsza się objawiła ludziom co szli do roboty na dwoskie wczas najwiekszej bidy i strapienia. Przykazała jem coby nie zapominali i modlili się do Niej ...".
Ano właśnie, kiedy powieszono na drzewie obraz święty i kiedy objawiła się Matka Boska? Nie można zapominać, że powstanie styczniowe nie było jedynym zrywem niepodległościowym w XIX wieku. Przecież trzydzieści dwa lata wcześniej, późną jesienią, wybuchło powstanie listopadowe. Na terenach ziemi latowickiej także wtedy były prowadzone walki zbrojne. Miejscowa ludność zapewne modliła się u stóp drzewa, na którym - tak myślę - już wtedy obraz święty wisiał lub zawisł niedługo później. Było to ważne dla nich miejsce, otoczone kultem początkowo za sprawą objawienia, a następnie na zasadzie tradycji "ojców". Skąd ta tradycja się wywodziła? Ano właśnie z wcześniejszych wydarzeń. To już w latach 1830 - 1831 powstańcy, ale także okoliczni mieszkańcy przychodzili na miejsce objawienia aby wymodlić poprawę losu, zdrowie dla siebie i swoich najbliższych, pomyślne zakończenie walk powstańczych. I tę tradycję podtrzymywano przez kolejne pokolenia, co potwierdza również prapraprababcia Anna. A jeśli chodzi o samo objawienie się Matki Przenajświętszej? Nastąpiło to w czasach wielkiej biedy i strapienia - jak pisze Anna Zawolska. Od pokoleń chadzano tymi samymi drogami przez las - jak najbliżej - do wielgoleskich dóbr, do pracy na pańskim. W ciężkich czasach niedostatku, chorób dziesiątkujących mieszkańców, ucisku kolejnych zarządców wielgoleskiego majątku i w końcu represji zaborcy (od roku 1795 opisywane tutaj tereny były pod zaborem austriackim, od roku 1807 podlegały jurysdykcji Cesarza Francuzów Napoleona I, a następnie w 1815 dostały się w ręce Rosjan) ludzie szukali ratunku i ukojenia (jak to ma miejsce również i dzisiaj). Idąc do ciężkiej pracy narzekali sobie na ten los, modlili się o jego poprawę i nietrudno sobie wyobrazić, że powracający wieczorem do swych chat - strapieni i zmęczeni mogli widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne. Z czasem na wysokiej sośnie, na gałęzi której zobaczono Matkę Bożą zawiesili obraz wykonany przez ludowego artystę. Myślę, że to właśnie tak oto powstał kult miejsca - do Matki Przenajświętszej i do tradycji przodków.
Kolejną kategorią fragmentów wspomnień mojej prapraprababci, które chcę przytoczyć i historycznie wyjaśnić są te odnośnie "cudownych uzdrowień". Także na ich podstawie można dokładnie określić czas opisywanych wydarzeń.
"... A jak w lesie przy 3 krzyżach tak raz przyjechały coby krzyże obalić. Jabłonka co spot kturej źródło biło kazały ściąć i wtedy ten najbutniejszy się roześlił wzion noż i zaczun dźgać obrazek matki Przenajświęntszej. A kobiety co były w lesie drzewo zbierały zaczeły płakać jak na to patszały i tak jak on dźgał pojzał na obrazek i mu łezka zdrentwiała i skamieniała co i noża nie mogł puścić. I takim go zabrali na kpół skamieniał a trzech krzyży co chcili wywalić to nieruszyli. Pan Bóg im nie dopomugł. Po tem zdarzeniu obrazek cudowny kobiety chustkamy wycierały Bo Matka Przenajświentsza płakała łzami i powiesili wysoko na choinie coby już nikt nie mógł swobodnie dostać do niego. A potem panem na majątku w Wielgolesie stał się generał ruski a mówili na niego Fransaba /?/ ...".
Rzeczywiście w roku 1837 dobra wielgoleskie nabył od Skarbu Królestwa Polskiego (do tego czasu Wielgolas wchodził w skład dóbr królewskich) rosyjski generał Jerzy Franshave. To o nim właśnie wspomina Anna. Można na tej podstawie pokusić się o wyjaśnienie, że wydarzenia związane ze ścięciem jabłonki, spod której wybijało źródło i dewastacja świętego obrazka nastąpiły przed rokiem 1837, ale zapewne po 1815 kiedy region ten dostał się pod panowanie carskie. Po tym zdarzeniu obraz został przewieszony wyżej. Potwierdza to również wcześniejszą hipotezę, że już podczas powstania listopadowego modlono się w tym miejscu przed obrazem Matki Bożej.
Na uwagę w tym miejscu zasługuje jeszcze jedno stwierdzenie Anny: "... Zaraz koło tej choiny co to na niej obraz był zawieszony była karpa wypruchniała po jabłonce. Matka mnie muwiła jak była młodę dzieckiem to z niej jabłka rwała ...".
Tak więc matka mojej 3xprababci pamiętała jeszcze jak z owej jabłonki, spod której wypływała uzdrawiająca woda, rwała jabłka. Musiało to wszak być przed wydarzeniami opisanymi w poprzednim akapicie, a więc przed tym jak carskie wojsko pojawiło się w okolicy. Tak jak pisałam wcześniej, Anna urodziła się około roku 1859 - 1861, jej matka mogła być, tak myślę, 20 - 30 lat starsza, a więc urodzona w latach 30-tych XIX wieku. Miałoby to sens, faktycznie mogłaby z owej jabłonki rwać jabłka przed tym jak carscy żołnierze ją ścięli. Niestety nie znalazłam do tej pory żadnych informacji na temat mojej 4xprababci, ale cenny jest dla mnie ten zapis, bowiem wskazuje, że mieszkała wówczas w tej okolicy, a jej córka Anna najprawdopodobniej tutaj się urodziła (jednakże przejrzawszy akta metrykalne z latowickiej parafii za lata, o których właśnie piszę nie natrafiłam na akt urodzenia Anny Trojanek).
Wróćmy jednak do wspomnień ... prapraprababka Anna opisuje w nich także pierwszy cud uzdrowienia dokonany za pomocą wody źródlanej wypływającej spod jabłonkowej karpy. Dotyczył on znienawidzonego przez poddanych, rządcy pracującego dla owego Franshave: "... Miał Rządce co dusił ludzi do roboty na dworskiem bił i poniewierał. Dobrego słowa nie dał. Pan Bóg nie mogł na to przepatrzeć i zesłał na tego rzondce chorobe. Dostawał paralyża i co jakiś czas nieruchomiała mu prawa renka a potem znieruchomienie podchodziło do serca, a on nic nie mógł wyrzec tylko mu usta siniały. Jak raz w samo żniwo kiej był najwienkszy skwar i żar lał się prosto z nieba ten rzondca dostał ataku choroby. Chłopy poszły na pomoc, zwlekły go z pola i zaniesły w cień drzewa a na tym drzewie wisiał ten cudowny obrazek. Kobity chcieny go ocucić wodom ale przez suchość i piachy chciany posłać parobcaka po wode ale sie rozejrzały sie naobkoło a tam była ta karpina. Patrzom a pod niom sączy sie źródełko. To ony ........ / nieczytelne/ nabrały tej wilgoci w chustke i obłożyły twasz rzondcy. Ten rzondca już wywracał oczy do nieba i ledwo dychał. Patrzom wszystkie a on spoziera na nich z życiem. dech mu powraca i choroba ustempuje jak renką odjoł. Tak jakoś niezadługo to trwało, a rzondca wstał i na własnych nogach powrócił do dwora. To kobiety widziały co to cud sie dokonał na ich oczach i w płacz uderzyły i zaczeły modlić sie. Od tamtej pory choroba całkiem mu ustompiła i nawrotów już nie miał. Jak ten rzondca wyzdrowiał tak sie odmienił i dla ludzi był inny. To później ludzie spotykali sia na tem miejscu gdzie cudowna woda ze źródła wybija i modlili sie do Matki Przenayświentszej i płakali i prośby zanosili ...". Do kolejnego spektakularnego uzdrowienia doszło już za życia prapraprababci Anny. Pisze ona, co nastąpiło: "... Za moich czasów sie zmienił dziedzic w Wielgolesie i majontek kupił Wyleżyński. Ale czy on zapłacił peniędzami tego nikt nie widział bo gadali pono wygrał zakład i tyle ziemi dostał i lasu ile przez dzień konno zdołał objechać nabkoło a do cudownego źródła przychodziły całe niezliczone rzesze ludzi co wypraszali łaski. Sama widziałam czołgajocon sie matke od samego goscińca do źródła jak płakała z radości i dzienkowała za odzyskany wzrok swego dzieciska. Te zgromadzenia ludzi co wydeptywali pański las nie spodobały sie rzondcy Józefowi Bieńkowskiemu. To był zły człowiek co w Boga nie wierzył a ludzi poniewierał. Jak sie dowiedział co ludzie czerpali wode cudownom kazał jednemu fornalowi zaprzegnać konia i zawieść psa zdechłego i wrzucić do tej karpy coby ludziom obrzydzić miejsce. Musi on to sam zrobił - toć wiadome co pogadał z Dziedzicem. Przecie nie raz i nie dwa młody panicz konno z przejażdżki wyganiał batem kobity z lasu jak z fartuchamy po drzewo poszły nazbierać do dworskiego bo to bida była i nikt se lasu i pola nie miał. Ten fornal jak mu rzondca kazał tak wykonał, ale kiedy wracał nazat koń mu padł na drodze. To już była kara Boska ale rzondca nie opamientał sie i konia też kazał podrzucić do źródełka. Chłopy na to nie zważali, padline wyjeli pochowali a źródło oczyścili. A temczasem rzondca zachorował jego ciało pokryło sie wrzodami paskudnem trondem. Objechał wszystkich dochtorów bo go było stać ale żadne mu nie pomógł. Na konice trafił do śpitala w Mińsku a tam dochtory rozkładały nad niem rence. Kiedy dziedziczka z majątku wielgolas pojechała do niego z wodom co to jej nabrała u źródełka i poleciła mu coby sie tom wodom obmył. A jak to uczynił to choroba mu ustompiła ...".
Faktem historycznym jest, iż w 1904 roku dobra w Wielgolesie kupił niejaki Bohdan Wyleżyński (majątek pozostawał w rękach jego rodziny do 1944 roku). To zaraz na początku XX wieku nastąpiło kolejne opisywane przez Annę uzdrowienie za pomocą cudownej wody. Zarządcą w dobrach Wyleżyńskiego był wówczas Józef Bieńkowski i to jego ono dotyczyło, o czym czytamy w wyżej cytowanym fragmencie wspomnień.
Zgodnie z tym, co pisze Anna, ona sama na własne oczy także widziała rzesze ludzi udających się do Miejsca Zjawienia chcących podziękować za wszelkie łaski jakich dostąpili za sprawą Matki Przenajświętszej. Kult tego miejsca był na przestrzeni lat coraz to silniejszy i na zasadzie tradycji przetrwał do dnia dzisiejszego.
Na koniec powyższych rozważań warto pokusić się o określenie czasu spisania samych wspomnień. Kiedy dokładnie moja prapraprababcia Anna wzięła pióro do ręki i zapisała bez mała osiem stron z zeszytu? "... Teraz ludzie pogadują o budowie Kaplicy ale ja tego już nie doczekam boza stara i schorowana ...".
Jak już pisałam w części pierwszej odnośnie wielgoleskich wydarzeń Kaplica Zjawienia została wybudowana w latach 1931 - 1934. Historię kaplicy przedstawia w swojej monografii wydanej w 1934 roku ówczesny proboszcz latowicki ksiądz Stefan Antosiewicz (link). Z jego relacji wynika, że w maju 1930 roku tuż po nabożeństwie odbytym przy trzech krzyżach, na którym zgromadziło się około 250 osób pojawiła się, spontanicznie, myśl o wzniesieniu w tym świętym miejscu kaplicy. Rok później także po majowym nabożeństwie utworzył się komitet budowy kaplicy, a państwo Wyleżyńscy ofiarowali ziemię pod jej budowę. Tak więc mowa o wzniesieniu kaplicy miała miejsce na pewno w roku 1930, a może już nieco wcześniej, po chałupach, mówiło się o tym. Na tej podstawie mogę z dużą pewnością sądzić, że moja prapraprababcia Anna Zawolska swoje wspomnienia spisała w roku 1930 - 1931, lub nieznacznie wcześniej. Jest to także ważna dla mnie informacja, bowiem mam pewność, że w tych latach jeszcze żyła. Do tej pory nie znalazłam jej aktu zgonu, którego szukałam po roku 1903 (określając ten rok opierałam się na odnalezionym akcie małżeństwa córki Anny, a mojej praprababci Antoniny Zawolskiej z Janem Kowalewskim, w którym zostało zapisane, iż matka panny młodej była obecna przy zawarciu tego związku małżeńskiego akt nr 5/1903 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). W roku 1930 prapraprababcia Anna miałaby około 70 lat.
Jak widać, na podstawie powyższych rozważań, wszystko co zostało spisane przez moją przodkinię ma sens i zostało przeze mnie poparte faktami historycznymi.
Nadmienić pragnę, że w swoich wyjaśnieniach opierałam się na informacjach zaczerpniętych ze strony Diecezji Warszawskiej, a poświęconych historii powstania Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Wielgolesie. W trakcie poszukiwań informacji o Wielgolesie trafiłam także na stronę laliny.mazowsze.pl. Również ciekawą lekturą okazał się artykuł panów Zygmunta Piłatowskiego i Tadeusza Wójcika pt. "Z dziejów Parafii i Sanktuarium Maryjnego w Wielgolesie", który w 1999 roku ukazał się drukiem w Roczniku Mińsko-Mazowieckim (nr 5, str. 146 - 161). W artykule tym autorzy powołują się na publikacje księdza Stefana Antosiewicza oraz Zygmunta Gajowniczka i to je należy traktować jako najlepsze źródło wiedzy o Latowiczu, Wielgolesie i najbliższych im terenach. Oto te pozycje:
  • S. Antosiewicz "Kaplica Wielgoleska", Mińsk Mazowiecki, 1934
  • Z. Gajowniczek "Pierwsza publikacja o historii kaplicy w Wielgolesie, napisana przez ks. S. Antosiewicza [w] Zeszyty Historyczne Latowicza I (2), str. 39 - 48
  • Z. Gajowniczek "Wielgolas i okolice. Szkice historyczne", 1999
  • Z. Gajowniczek "Dzieje parafii Latowicz", Latowicz Fundacja Przyjaciół Latowicza, 1999, str. 1 - 20, wydanie 3, IBN 83-863310-6-2
  • Z. Gajowniczek "Kraina chleba. Przewodnik po gminie Latowicz", Latowicz Urząd Gminy Latowicz, 2012, str. 1 - 112, IBN 978-83-936120-0-0
  • Z. Gajowniczek "Przewodnik po gminie Latowicz", Gminna Biblioteka Publiczna w Latowiczu, 2013, str. 1 - 120, IBN 978-83-936152-0-9
  • Z. Gajowniczek "Powstanie styczniowe na pograniczu Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny. Przebieg, ślady i pamięć powstania w wiejskiej gminie Latowicz - studium przypadku", Parafia Matki Bożej Różańcowej w Wielgolesie", 2013, str. 1 - 150, IBN 978-83-931123-6-4
  • Z. Gajowniczek "Dzieje Latowicza", Latowicz Urząd Gminy Latowicz, 2015, str. 1 - 768, IBN 978-83-936120-5-5
  • Z. Gajowniczek "Kroniki Straży Pożarnej w Latowiczu", Ochotnicza Straż Pożarna w Latowiczu, 2015, str. 1 - 300, IBN 978-83-941630-0-6

Na sam koniec zamieszczę odnośniki do dwóch niezwykle interesujących map z epoki, na których ukazane są interesujące mnie tereny:


5 komentarzy:

  1. To niesamowite jak jeden dokument potrafi zainspirować do poszukiwań historycznych z danego regionu! Piękna praca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Małgosiu :) ... pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie to dalsze szukanie, nanoszenie odnalezionych dokumentów na tło historyczne w określonym czasie i miejscu jest najciekawsze, bo dopiero taki proces pokazuje naszych przodków w bliższym nam świetle. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dowiedzieć się o nich czegoś więcej niż pokazują to suche fakty zapisane w metrykach. A z tymi wspomnieniami to miałam nie lada niespodziankę ... nie spodziewałam się takiego odkrycia i długo nie mogłam w nie uwierzyć, że to naprawdę spisała moja praprapra, o której w rodzinie nikt już nie pamiętał ...

      Usuń
  2. Według źródła: http://www.swzygmunt.knc.pl/MARYapparitionsPOLAND/HTMs/18xx_MARYappPOLAND_WIELGOLAS_01.htm Marcin Borelowski poległ 6 września 1863 roku w bitwie na Sowiej Górze k/Batorza, Paweł (Piotr?) Ługowski został w 1864 roku schwytany i zesłany na 20 lat katorgi do kopalni na Syberii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiu, masz w swoim zbiorze genealogicznych dokumentów nie lada perełkę... A wszystko przez przypadek, jak napisałaś w I części. Tutaj posłużę się cytatem, który bardzo lubię, ale nie pamiętam autora: "Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano dwie drogi. Pojechałem tą mniej uczęszczaną-
    reszta wzięła się z tego, że to ja wybrałem". Twoja fascynacja genealogią wzięła się od wielkiej chęci dotarcia do korzeni przodków po mieczu, a to właśnie poszukiwania po kądzieli zaprowadziły Cię do skarbu... To tylko potwierdza, że najciekawsze historie ukryte są tam, gdzie najmniej się spodziewamy. Dlatego każda gałązka naszego drzewa czeka na nasze dotknięcie... Powodzenia Kasiu i wielu takich odkryć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam informację ,odnośnie Wielgolasu. Właścicielem w okresie powstania listopadowego (1831) byl Józef Mucha -Nipochorski. Miał on 3 synów Antoniego,Grzegorza i Krzysztofa. Brali oni udział w powstaniu listopadowym. Podczas jednej z potyczek 2 z nich dostało sie do niewoli rosyjskiej i zostali wraz z ojcem powieszeni na dziedzińcu własnego majątku. Majątek skonfiskowano i oddano jakiemuś rosyjskiemu dygnitarzowi. Czy ktoś moze to potwierdzić ? Czy sa jakieś dokumenty ?

      Usuń