piątek, 17 marca 2017

FELIKS I ŁUCJA - PROTOPLAŚCI RODZINY KOWALEWSKICH

Jak już niejednokrotnie wspominałam, nazwisko ⏩Kowalewski⏪ występujące w moim wywodzie przodków nosiła, jako swoje nazwisko panieńskie, moja prababcia Aleksandra I voto Jezierska II voto Sówka (o prababci będę jeszcze szerzej pisała, ale najpierw chcę przedstawić wszystkich jej przodków). Rodzinie jej matki - Antoniny z Zawolskich poświęciłam dotychczasowe wpisy na moim blogu, natomiast teraz przyszła kolej na podzielenie się odkrytymi przeze mnie faktami z życia przodków ojca prababci Aleksandry - Jana Kowalewskiego. 
Niniejszym opuszczam, jedynie chwilowo, latowicką parafię, by wraz z kolejnymi pokoleniami przodków Kowalewskich przenieść się do oddalonej nieco na północ od Latowicza (o około trzydzieści kilometrów) parafii w Jakubowie. Swoją opowieść rozpocznę od najstarszego znanego mi wydarzenia rodzinnego - smutnego wydarzenia jakim był pogrzeb mojej 5xprababci Łucji Kowalewskiej z Gurczyńskich.
Miejsce wydarzenia to Kolonia Aleksandrów leżąca w obecnej gminie Jakubów w powiecie mińskim województwa mazowieckiego. To tutaj mieszkała moja prapraprapraprababka Łucja wraz ze swoim mężem Feliksem Kowalewskim.

Powiat nowo-miński Guberni Warszawskiej
"Atlas Geograficzny Ilustrowany Królestwa Polskiego", J.M. Bazewicz, Warszawa, 1903 - 1907
/na mapce zaznaczyłam Aleksandrów i Wielgolas/
/odnośnik do elektronicznej wersji mapy/

W procesie genealogicznej kwerendy dotarłam do najstarszego znanego mi dokumentu mówiącego o tej parze moich przodków. Jest to akt nr 16/1840, par. św. Anny Jakubów spisany na okoliczność śmierci Łucji. Otóż, w dniu 17 kwietnia 1840 roku o godzinie dziesiątej z rana stawił się w jakubowskiej kancelarii parafialnej przed proboszczem księdzem Andrzejem Sypniewskim siedemdziesięcioletni wyrobnik Feliks Kowalewski - mój 5xpradziadek, zamieszkały w Kolonii Aleksandrów, aby zgłosić śmierć swojej żony. Towarzyszył mu, jak się później okaże, jego syn Jakub - zapisany jako kolonista mający lat czterdzieści.

Warto w tym miejscu wytłumaczyć dwa określenia pojawiające się w tym akcie, a mianowicie wyrobnik i kolonista.
Wyrobnik - według "Słownika Języka Polskiego" Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedżwiedzkiego, Tom VII, wydanie 1919 r., Warszawa, str. 1006 (str. 1023 wydania elektronicznego) to człowiek żyjący z wyrobku, najemnik, robotnik dorywczy; inaczej robotnik dniówkowy, nie brakowało ich zarówno w miastach jak i na wsiach, były to osoby nie mające stałego zatrudnienia, wynajmujące się do różnych prac fizycznych i należały do najniższej, ubogiej warstwy społecznej zarówno mieszczan, jak też włościan.
Kolonista - osadnik rolny; spotkałam się z określeniem, że często była to dosyć uprzywilejowana warstwa rolników, dorabiająca się nieraz folwarków, czy większych obszarów roli (w przeszłości właściciele majątków często stwarzali dogodne warunki dla osiedlania się na terenach wyludnionych, źle zagospodarowanych, bądź też wcześniej w ogóle niezaludnionych, wymagających ogromnego wkładu w stworzenie korzystnych warunków do gospodarowania), często koloniści przybywali z dosyć odległych terenów (np. całego Królestwa Polskiego, ale także z okolicznych ziem państw ościennych), niemniej kolonistami nazywano także rolników przybyłych z sąsiednich wsi i majątków i niekoniecznie musiała się taka przeprowadzka wiązać z wymiernymi korzyściami dla przesiedleńców.

Wracając do odnalezionego aktu ... dnia onegdajszego (w porównaniu do dnia, w którym stawili się zgłaszający zaszły fakt), czyli dnia wcześniejszego niż wczorajszy (przyjmuję, jak większość znanych mi genealogów, że to oznacza dzień przedwczorajszy, choć nie musi być to regułą, bowiem onegdaj to mogło znaczyć kiedykolwiek wcześniej, kilka dni wcześniej - tego już nie uda się ustalić ze stuprocentową pewnością) ... tak więc, dnia onegdajszego, czyli przyjmuję, że 15 kwietnia roku 1840 o godzinie pierwszej po południu zmarła w Kolonii Aleksandrów Łucja z Gurczyńskich Kowalewska, mająca lat sześćdziesiąt pięć (urodziła się zatem około roku 1775). Pozostawiła po sobie owdowiałego męża.
Tyle o tym smutnym fakcie mówi zachowany dokument spisany sto siedemdziesiąt siedem lat temu. Ale analizując informacje w nim zawarte można wywnioskować znacznie więcej i właśnie tego się teraz podejmę.
W swoich poprzednich wpisach przybliżałam już XIX-wieczne zwyczaje związane z chrzcinami i zaślubinami mającymi miejsce na mińskiej (niegdyś nowo-mińskiej) ziemi. Dzisiaj pokuszę się o opisanie, pokrótce, obrzędów związanych z pogrzebem. Tak oto przedstawił je Oskar Kolberg, polski etnograf i folklorysta, żyjący w latach 1814 - 1890, który jako pierwszy z badaczy zebrał i usystematyzował kulturę ludową, dzieląc ją według regionów. Efektem jego pracy jest m.in. obszerne, wielotomowe dzieło pt. "Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce". W opracowaniu wydanym w roku 1887 w Krakowie pt. "Mazowsze. Obraz etnograficzny" zwyczajowo zwanym "Mazowsze leśne Oskara Kolberga" w tomie III poświęconym zwyczajom i obrzędom ludu mazowieckiego prawego brzegu Wisły autor pisze, cytuję:
  1. Nieboszczyka lub nieboszczkę obmyje uproszony o to dziad lub baba, oblecze i śpiewa nad nim nabożne pieśni. Albo też czyni to sam gospodarz i gospodyni, gdy im dziecko lub krewniak umarł. Ubierając do trumny, kładą na mężczyznę koszulę, spodnie, kamizelkę, pas i buty; sukmana zaś pozostaje w domu. Kobietę ubierają zwykle w czepek, trzewiki, pończochy, fartuch i koszulę; niekiedy dodają do tego gorset i chustkę na głowę. Dziewkę ubierają jak do ślubu. Młodym kładą kwiaty ko trumny, strojąc niemi zwykle twarz.
  2. Ciało wyprowadzają czasami drugiego dnia, a nawet i pierwszego do kościoła; bogatszych stawiają na kościele (w środku kościoła przed przybytkiem v. presbyterium), uboższych w kruchcie. Nazajutrz odbywa się pogrzeb. Trumna zamknięta na wieko. Przechodząc obok figury lub krzyża za wsią, przystawają i wieko otwierają. Wówczas ktoś ze starszych krewnych, w imieniu zmarłego, przeprasza obecnych w tych lub tym podobnych słowach:  "D u s a   t a   w a s  p r o s i ,   a z e b y ś c i e   j e j   d a r o- w a l i   i   p r z e b a c y l i   w s z y s t k o   w   c e m   w a m   s i ę   z a s ł u z y ł a   n a   z ł e ,   w s z y s t k i e   j e j   w e l e (względem)  w a s   w i n y   i   k r z y w d y    w a s e   j a k i e ' ś c i e   m o g l i   o d   n i e j   d o z n a ć ;   c y   j e j   p r z e b a c a- c i e ,   c y   j e j   t e g o   n i e   p a m i ę t a c i e ?"  -  A obecni mówią i odpowiadają jeden przez drugiego:   N i e  p a m i ę t a m y j e j   w   c e m   s i ę   n a m   ź l e   z a s ł u ż y ł a   t a   d u s a ,   n i e m a m y   d o   n i e j   z a d n e j   z ł o ś c i ; a ten i ów odzywa się:  n i e c h   ś p i   z   B o g i e m ! - n i e c h   m a   o d p o c y n e k   w i e c n y ! - n i e c h a j b y   j a s n o ś ć   B o s k ą o g l ą d a ł a !  i.t.p. Po czem zamykają wieko i odnoszą nieboszczyka na cmentarz. Nad grobem śpiewają znane pieśni nabożne za umarłych. Ksiądz odprowadza zwykle ciało do figury, a czasami i na cmentarz.
  3. U bardzo zamożnych tylko, miewa miejsce uczta pogrzebowa, na którą zapraszają krewnych i przyjaciół. Dziś, rzadko kto (nawet z bogatszych) ją wyprawia. W okolicy jednak Siedlec, Łukowa, spraszają księdza i krewnych na tak zwane  B o ż e   o b j a d k i , dość skromnie zastawiane.
  4. Siano lub słomę na którem leżał nieboszczyk wynoszą za gumno na pole i palą.
"Pogrzeb na wsi" 1878, Stanisław Witkiewicz (1851 - 1915)

Odległość ze wsi Aleksandrów do cmentarza w Jakubowie wynosi około czterech kilometrów (zastanawia mnie czy Kolonia Aleksandrów jest tożsama z dzisiejszym Aleksandrowem - na współczesnych mapach google widnieje tylko wieś Aleksandrów, może XIX-wieczna Kolonia Alaksandrów była położoną nieco na uboczu częścią Aleksandrowa?). Kondukt żałobników pokonywał tę odległość zapewne pieszo i zajmowało to znacznie więcej czasu niż "zwykła" niedzielna wyprawa do kościoła.
Nie łudzę się, że nagrobek Łucji (raczej na pewno ziemny, może z drewnianym krzyżem, położony na małym wiejskim cmentarzu) zachował się do dnia dzisiejszego. Nie jest to możliwe, wszak z XIX wieku zachowały się na cmentarzach ogólnie nieliczne tylko grobowce murowane i to tych znamienitszych i zasłużonych dla określonej społeczności obywateli (a trzeba wziąć także pod uwagę koleje pogmatwanej historii naszego kraju, liczne niepokoje, zamieszki, powstania, wojny, które odcisnęły swoje piętno także na miejscach pochówku naszych przodków). Niemniej mam pewność, że moja 5xprababka Łucja została pochowana gdzieś pomiędzy 15, a 17 dniem kwietnia 1840 roku na tym małym wiejskim cmentarzu, którego na pewno nie omieszkam odwiedzić - choćby tylko dla samego zaspokojenia mojej ciekawości, gdzie też, sto siedemdziesiąt siedem lat temu, zebrali się bliscy Łucji, aby ją ostatecznie pożegnać.


Widok na cmentarz w Jakubowie /źródło: google.pl/maps/

Nadmienię jeszcze tylko, że połowa kwietnia tamtego roku była czasem szczególnym dla wszystkich wierzących katolików i okresem dla nich najważniejszym w całym roku. 16, 17, 18 i 19 kwietnia 1840 roku to Triduum Paschalne (Wielki Czwartek, Piątek, Sobota i sama Wielkanoc). W kościele katolickim rozpamiętywano ostatnie chwile Jezusa przed sądem i męką, drogę krzyżową, śmierć Jezusa i na koniec celebrowano jego zmartwychwstanie. Dla Feliksa Kowalewskiego i jego bliskich był to wszakże czas odejścia i pożegnania jego żony Łucji. W rodzinie na pewno panowała wówczas atmosfera smutku, zadumy i żałoby, ale może także i nadziei, którą nakazywała wiara.
Mój praprapraprapradziadek Feliks Kowalewski przeżył swoją małżonkę zaledwie o dziesięć miesięcy. Przeglądając księgę metrykalną jakubowskiej parafii za rok 1841 natrafiłam na akt dokumentujący zgłoszenie śmierci Feliksa (akt nr 16/1841, par. św. Anny Jakubów).
O godzinie dziewiątej rano, 1 marca 1841 roku w kancelarii parafialnej, w której urzędował ksiądz proboszcz Andrzej Sypniewski zjawili się: Grzegorz Kowalewski (trzydzieści siedem lat) i Jakub Kowalewski (czterdzieści lat), obaj koloniści zamieszkali w Aleksandrowie (w treści aktu podano właśnie taką nazwę miejscowości, natomiast na marginesie, gdzie wpisywano numer bieżący aktu i nazwę miejscowości, w której zdarzenie miało miejsce napisano Aleksandrów Kolonia - czy to oznacza, że nazwy te były używane wymiennie i dotyczyły tego samego terenu? czy tak naprawdę "kolonia aleksandrowska", ku której się skłaniałam nie istniała? a Aleksandrów i Kolonia Aleksandrów to była ta sama jednolita wieś?). Ważną informacją podaną w powyższym dokumencie jest fakt, iż Grzegorz i Jakub Kowalewscy zapisani są jako synowie zmarłego (to właśnie na tej podstawie napisałam kilka akapitów wcześniej, że Jakub był synem Feliksa). Feliks, który w tym akcie występuje pod imieniem Felicjan zmarł 28 lutego o godzinie piątej rano w Aleksandrowie. Był osiemdziesięcioletnim wyrobnikiem, wdowcem po Łucji Kowalewskiej (dziesięć miesięcy wcześniej zapisano, że Feliks miał lat siedemdziesiąt, to pokazuje, że podanego w aktach wieku osób nie należy traktować jako pewnik, a jedynie jako informację orientacyjną). Feliks vel Felicjan Kowalewski urodził się zatem około roku 1761 - 1770 (okres ten, podczas dalszej kwerendy, należałoby, dla pewności, jeszcze poszerzyć o kilka lat w każdą stronę).
Niestety nie znam dokładnego roku, a tym bardziej miejsca urodzenia moich 5xpradziadków Feliksa i Łucji. W aktach ich zgonu nie podano imion ich rodziców. Nie wiem także gdzie i kiedy mogli wziąć ślub (pewne światło rzuca na ten fakt okres narodzin ich synów - Grzegorza i Jakuba, ale tak jak pisałam już wyżej odnośnie daty urodzenia Feliksa, oszacowane na podstawie dwóch odnalezionych aktów zgonów lata narodzin jego synów także należy brać z poprawką +/- przynajmniej pięciu lat).
Nie wiem, na ile wcześniej (przed rokiem 1840) moi Kowalewscy zamieszkiwali Kolonię Aleksandrów, ale określenie kolonista zapisane przy Jakubie i Grzegorzu Kowalewskich sugeruje, że przybyli oni (a więc może także i ich ojciec), w bliżej nieokreślonym czasie, do Aleksandrowa - Kolonii, a może w ogóle na teren parafii Jakubów. A może jednak nazwano ich kolonistami, ponieważ mieszkali w części wsi będącej swoistym przysiółkiem głównych zabudowań zwanej kolonią, w tym wypadku była to Kolonia Aleksandrów, czyli wyodrębniona (jeśli nie administracyjnie, to przynajmniej w lokalnej świadomości okolicznych mieszkańców) część wsi Aleksandrów (kolonie były nieco oddalone od głównych zabudowań danej wsi i z reguły powstawały później poprzez osiedlanie się na ich terenie kolonistów właśnie)? Tylko dlaczego, zatem, w księgach parafialnych jakubowskich nie ma zapisów poświęconych narodzinom Jakuba i Grzegorza? Wszak, z parafii Jakubów, dostępne są księgi metrykalne począwszy od roku 1773. Wśród tych aktów nie znalazłam także tych dotyczących zgłoszenia narodzin Feliksa Kowalewskiego i Łucji Gurczyńskiej (ale w tym przypadku dostępne lata mogą być zbyt późne). Nie ma także ich aktu ślubu. Na tej podstawie mogę zatem sądzić, że wszyscy oni mogli być faktycznie kolonistami, którzy przybyli do jakubowskiej parafii z bliżej nieokreślonego jeszcze miejsca. Mam już nawet pewne przesłanki, na które naprowadziła mnie baza indeksów Polskiego Towarzystwa Genealogicznego, tzw. Geneteka. Na razie napiszę tylko tyle, że wizyta w Archiwum Diecezjalnym Płockim będzie nieunikniona, żeby sprawdzić i potwierdzić bądź zaprzeczyć tym przesłankom. Co z tego wyniknie? Czy uda się rozwiązać tę zagadkę? Czy natrafię na wcześniejsze ślady m.in. i tej linii moich przodków? Czas pokaże. Faktem niezaprzeczalnym jest, że w określonym czasie moi Kowalewscy w Kolonii Aleksandrów mieszkali (oczywiście planuję wizytę i w tych okolicach, więc spróbuję wypytać starszych mieszkańców Aleksandrowa, gdzie dokładnie mogła znajdować się część wsi, zwana niegdyś kolonią).


*******