środa, 17 października 2018

CZY POTRAFISZ POLICZYĆ DO DZIESIĘCIU?

Do stworzenia tego wpisu skłoniła mnie lektura książki szwedzkiej autorki i dziennikarki Karin Bojs, pt. "Moja europejska rodzina. Pierwsze 54 000 lat."
Autorka opisuje w niej "wędrówkę" genów gatunku Homo sapiens w czasie dziesiątków tysięcy lat i w przestrzeni wszystkich kontynentów. Wymieszane podczas tej wędrówki geny utworzyły niepowtarzalny koktajl, który upakowany w łańcuch nici DNA zamieszkuje teraz każdą komórkę jej ciała.

Ale to nie stricte temat książki, choć niezmiernie ciekawy i będący, być może, w bliższej przyszłości jednym z czynników wprowadzenia moich poszukiwań na inne, nowe tory, przyczynił się do powstania tego wpisu, lecz krótka wyliczanka będąca wstępem do części pierwszej wspomnianej książki. Karin Bojs pisze:
"Annika wydała na świat Martę, która wydała na świat Karin.
Karin była matką Anniki, która z kolei została matką Karin.
Córka Karin nosiła imię Kajsa. Kajsa wydała na świat Karolinę.
Karolina urodziła Bertę, ta zaś Anitę.
Anita wydała na świat Karin."

Annika - Marta - Karin - Annika - Karin - Kajsa - Karolina - Berta - Anita - Karin

Natomiast, czy ja potrafię policzyć do dziesięciu? W sposób przytoczony przez autorkę? Odpowiedź brzmi: nie.
Fakt, że Antonina powiła Mariannę (zwaną Marią), ta zaś Jadwigę, która jest matką Alicji, a Alicja urodziła Katarzynę daje mi tylko pięć pokoleń kolejno po sobie występujących matek.

Antonina - Marianna - Jadwiga - Alicja - Katarzyna


Jednakże, naginając "nieco" zasadę wywodu przeprowadzonego jedynie w linii matrylinearnej (tylko żeńscy przodkowie, po kądzieli; w opozycji jest system patrylinearny - sami męscy przodkowie, po mieczu ... zresztą, Karin Bojs także i w tej linii wymienia z imienia wszystkich swoich "ojców" aż do jedenastego pokolenia wstecz) do wszystkich moich antenatów, we wszystkich gałęziach życia (tak nazywam, na swój użytek, linie przodków) potrafię, na dzień dzisiejszy, doliczyć do dziesięciu w sześciu przypadkach. Podkreślam, w sześciu przypadkach na ...
... na pięciuset dwunastu moich bezpośrednich przodków, których powinnam mieć w swoim wywodzie w dziesiątym pokoleniu (licząc siebie, czyli probanta jako pokolenie pierwsze). To oznacza, że z moich pięciuset dwunastu 7xpradziadków poznałam ... odnalazłam nieco ponad 1% z nich. Na tyle, na razie, pozwoliły mi kwerendy przeprowadzone na materiale historycznym pozostawionym przez ówczesnych, moim przodkom, świeckich i kościelnych urzędników. Mowa tu, ledwie, o XIX i XVIII stuleciu.

Poniżej zamieszczam tablicę ascendentów (Ahnentafel), czyli listę moich przodków oznaczonych w systemie Sosy-Kekulego/Stradonitza (patrz: *). W celu otwarcia pełnego opracowania proszę kliknąć na zdjęcie:


* System numerowania przodków wynaleziony w roku 1676 przez hiszpańskiego herolda Hieronima de Sosa, a rozpropagowany dopiero w XIX wieku przez Stephana Kekule von Stradonitza. W systemie tym probant - czyli osoba, dla której sporządza się wywód przodków i opracowuje tablicę ascendentów jest oznaczony numerem 1. Ojciec dziecka ma zawsze numer dwa razy większy niż numer tego dziecka, zaś matka oznaczona jest zawsze numerem ojca tego dziecka zwiększonym o jeden. Przykładowo: dla dziecka oznaczonego numerem 6, jego ojciec będzie miał numer 12, a matka 13. Generalnie, nie licząc probanta, którym może być zarówno mężczyzna jak i kobieta, w systemie Sosy-Kekulego/Stradonitza wszyscy mężczyźni oznaczeni są liczbami parzystymi, a wszystkie kobiety nieparzystymi, przy czym w miarę oddalania się od probanta liczby te rosną.
Bezsprzeczną zaletą przyjętego przeze mnie systemu oznaczania przodków jest fakt, iż nieodnalezione jeszcze osoby - ciągle ukryci przede mną moi przodkowie mają na tej liście, już z góry ustalone, swoje stałe miejsce. W każdej chwili można dopisać do listy kolejnego odszukanego antenata nie burząc przy tym przyjętego porządku zapisu.





Mój wywód przodków liczy sobie, na dzień dzisiejszy, 156 osób (patrz: *) i w formie graficznej przedstawia się w taki oto sposób (w celu powiększenia grafiki proszę kliknąć na zdjęcie):


* Pełny wywód przodków do dziesiątego pokolenia włącznie powinien w sumie zawierać 1023 osoby. Tak więc, na mój wywód składa się łącznie, na dzień dzisiejszy, nieco ponad 15% wszystkich możliwych /!/ antenatów (w moim przypadku współczynnik ten jest o 0,5% wyższy, bowiem ze względu na urwaną jedną z linii w piątym pokoleniu, wszystkich antenatów do dziesiątego pokolenia włącznie powinnam mieć 992). I tak:
  • w pokoleniu trzecim (dziadkowie) mam 4 osoby na 4 możliwe,
  • w pokoleniu czwartym (pradziadkowie): 8 na 8,
  • w pokoleniu piątym (prapradziadkowie): 16 na 16, przy czym w dwóch przypadkach nie znam niczego więcej oprócz imion moich prapradziadków,
  • w pokoleniu szóstym (3xpradziadkowie): 21 na 32/31! (jeden praprapradziadek figuruje jako NN; jego syn był dzieckiem panieńskim, nie podano w metryce danych ojca - linia urywa się więc wraz z piątym pokoleniem), dziesięć osób jest jeszcze nie odnalezionych, odnośnie jednego przypadku znam tylko imię antenata,
  • w pokoleniu siódmym (4xpradziadkowie): 38 na 64/62! (rezultat urwanej linii w piątym pokoleniu), przy czym dwadzieścia cztery osoby są jeszcze nie odnalezione, w czterech przypadkach znam tylko imiona,
  • w pokoleniu ósmym (5xpradziadkowie): 36 na 128/124! (rezultat urwanej linii w piątym pokoleniu), osiemdziesiąt osiem osób jest jeszcze nie odnalezionych, w pięciu przypadkach znam tylko imiona 
  • w pokoleniu dziewiątym (6xpradziadkowie): 22 na 256/248! (rezultat urwanej linii w piątym pokoleniu), nie odnalezionych pozostaje jeszcze dwieście dwadzieścia sześć osób, odnośnie siedmiu przypadków znam tylko imię antenata,
  • w pokoleniu dziesiątym (7xpradziadkowie): 6 na 512/496! (rezultat urwanej linii w piątym pokoleniu), do odnalezienia pozostało czterystu dziewięćdziesięciu 7xpradziadków, w dwóch przypadkach znane mi są tylko imiona
Przyrost przodków, w każdym kolejnym pokoleniu, następuje w sposób geometryczny. Sprawia to, że w kompletnym /!/ pokoleniu jedenastym powinno być 1024 8xpradziadków, w pokoleniu dwunastym 2048 9xpradziadków, a w trzynastym już 4096 10xpradziadków. Wydaje mi się, iż odszukanie kompletu /!/ bezpośrednich przodków w każdym pokoleniu (choćby i nawet "tylko" do pokolenia dziesiątego) nie jest w naszym kraju możliwe (pomijam tutaj naturalne urwanie się linii, bo np. przodek był dzieckiem nieznanego ojca). Jeśli nawet odszukanie wszystkich, podkreślam wszystkich antenatów do dziesiątego pokolenia byłoby możliwe, to myślę, że tylko w nielicznych przypadkach - może znanych, dużych i wpływowych niegdyś rodów arystokratycznych. Sprawa odnalezienia kompletnej liczby przodków w niższych warstwach społecznych jest chyba nierealna. A może się mylę? Może ktoś z moich czytelników zna takie przykłady?
Na razie mam tylko jedną sytuację urwanej linii (dziecko panieńskie = ojciec nieznany), ale nie wykluczam, że wraz z następnymi kwerendami taki stan rzeczy niejednokrotnie może się powtórzyć.
Na razie nie zaobserwowałam także zjawiska ubytku przodków, tzn. że każda osoba z mojego wywodu występuje w nim tylko jeden raz (oczywiście na tym etapie moich poszukiwań). Chociaż mam już takie zjawisko w jednej z bocznych linii, to jednak nie rzutuje ono na liczbę osób w moim wywodzie przodków.

Wydaje się, że podróż wehikułem czasu, jakim jest genealogia poza ... a raczej przed osiemnaste stulecie pozostaje w sferze moich marzeń. Oczywiście są osoby, które potrafią poprowadzić swój wywód przodków znacznie dalej (i nie mam tutaj na myśli jednego ze skrajnych przypadków jakim są mieszkańcy Islandii, którzy za sprawą względnego odizolowania od reszty świata i zapewne bogatych źródeł metrykalnych i pozametrykalnych potrafią przedstawić swój wywód przodków aż do IX w. n.e. /sic!/ - wtedy to na wyspie pojawili się pierwsi ludzie; patrz: str. 36 książki Karin Bojs pt. "Moja europejska rodzina", ISBN 978-83-65743-94-7). Generalnie, nie jest to jednak praca łatwa, a na pewno żmudna i wymagająca wielu wyrzeczeń. Nie zawsze jest też, niestety, możliwa. Brak źródeł pisanych spowodowany przez różne czynniki (zniszczenie, zagubienie, niewytworzenie) nierzadko sprawia, że owa podróż w czasie staje się w pewnym momencie niewykonalna. Wierzę głęboko, że osobiście nie doszłam jeszcze do tej bariery. Że nie wyczerpałam wszystkich źródeł, które czekają na mnie w przeróżnych archiwach, bibliotekach i instytucjach. Nie wiem, na ile jeszcze uda mi się, w rezultacie moich poszukiwań, cofnąć w czasie, natomiast wiem, że postaram się swój wywód przodków uzupełnić jak najpełniej (brzmi to nieco groteskowo, wszak praca genealoga - choćby i amatora jakim jestem - nie ma końca, zresztą już kiedyś o tym wspominałam).

A czy Ty, mój czytelniku, potrafisz policzyć do dziesięciu? Jest to linia matrylinearna, czy linia patrylinearna Twojego wywodu przodków? A może tak jak u mnie - linia łamana? A może nie potrafisz wypowiedzieć imion wszystkich swoich prapradziadków (a masz ich szesnastu - ośmiu prapradziadków i osiem praprababć) i wpis ten sprawi, że zechcesz je poznać? 
Proszę, podziel się ze mną swoją wiedzą ... lub niewiedzą albo swoimi odkryciami w ramach podróży wehikułem czasu jakim jest genealogia.


*******

WSPÓŁZALEŻNE WPISY: