piątek, 25 listopada 2016

LUSTRO BABCI JASI

Widzę, że według statystyk wyświetlania postów, ten oto pusty - będący zapowiedzią, co na moim blogu będzie się działo - ma naprawdę dużo odsłon. Nie będę zatem już dłużej trzymać w niepewności moich czytelników. Zmobilizowałam się dzisiaj i w końcu zrobiłam zdjęcia "odrestaurowanego" lustra. Ale najpierw, króciutko, jego historia, wszak na blogu traktującym o czasach przeszłych nie może jej zabraknąć w żadnym wpisie.
Lustro jest podobno ponad studwudziestoletnie, kryształowe. Było częścią toaletki stojącej w jednym z pokoi u ojczystej babci mojego małżonka. Dostał je ostatnio jako pamiątkę po nieżyjącej już od ponad ośmiu lat babci Jasi. O ile widać, że lustro jest wiekowe - te zadrapania, przebarwienia, odpryski spodniej strony przebijające na tę lustrzaną dla mnie są prawdziwą gratką, to jednak zostało jakiś czas temu (raczej później, niźli wcześniej) oprawione w zwykłą surową, sosnową ramę. Aż się boję pomyśleć, co stało się z ową toaletką ... mam nadzieję, że w najgorszym razie została sprzedana / oddana komuś, komu służy do dzisiaj.
Tak więc zabrałam się do przeobrażenia ramy lustra w taką, która odda jego historię i wpisze się charakterem w nasze mieszkanie. Po pomalowaniu ramy (pokażę kilka etapów), lustro stanęło na swoim docelowym miejscu. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała długo czekać, żeby zawisło - mogłabym sama je powiesić, ale niech małżonek też ma w to przeobrażenie jakiś wkład ;)  Myślę, że lustro wraz z konsolką, która stoi pod nim (to też pamiątka, tym razem po mojej ojczystej babci Władzi) tworzą zgraną parę. Efekt jaki chciałam uzyskać malując ramę, to taki, żeby swoim stylem odzwierciedlała powycierane od dotykania gałeczki w szufladkach konsolki. Jak myślicie, udało mi się?






 A teraz zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć dokumentujących lustrzane przeobrażenie:



Na zdjęciach powyżej widać, że lustro nie jest idealne - dlatego, w mojej opinii, jest tak piękne i warte poświęcenia odrobiny czasu i pracy,  aby je dopieścić i dogłaskać.


Przed malowaniem ramę lekko przetarłam papierem ściernym o granulacji 120, a to jedynie w celu usunięcia ewentualnych zabrudzeń - drewno nie było wcześniej niczym malowane, więc odeszło mi sporo pracy związanej z usuwaniem wcześniejszych powłok malarskich. Oczywiście później odpyliłam i przetarłam wilgotną szmatką. Na tak przygotowaną ramę naniosłam gąbką - to mój ulubiony malarski gadżet - pierwszą cienką warstwę ciemnobrązowej lakierobejcy. Później drugą - obie dokładnie wcierając w drewno.



Efekt po pierwszym etapie - taki sobie, co jednak nie powinno zniechęcać. Następnie przetarłam niektóre miejsca - te bardziej wypukłe zwykłą świeczką i dopiero wtedy zaczęłam delikatnie, cienkimi warstwami nanosić, także gąbką, pozłotę. Rozcierałam, nanosiłam, aż do uzyskania zadowalającego mnie efektu. Na koniec przetarłam całość papierem ściernym o granulacji 180, a następnie jeszcze ostrą stroną gąbki i na koniec wypolerowałam bawełnianą szmatką. Po tych zabiegach uwydatniły się pory drewna, ukazały się przetarcia od złotego buku, po ciemny dąb, a wszystko to okraszone zostało złotą poświatą.


Tak oto, mamy w domu kolejną sentymentalną pamiątkę, a lustro babci Jasi zyskało, miły - może nie tylko dla mojego oka, złoty blask -  stary, powycierany przez czas.


wtorek, 22 listopada 2016

WIELGOLESKIE CUDA. CZĘŚĆ II - KONFRONTACJA WSPOMNIEŃ PRAPRAPRABABCI ANNY ZAWOLSKIEJ Z UDOKUMENTOWANYMI FAKTAMI HISTORYCZNYMI

W części pierwszej odnoszącej się do wydarzeń z okolic Wielgolasu i Latowicza podzieliłam się z moimi czytelnikami odnalezionymi wspomnieniami mojej 3xprababci Anny Zawolskiej. Wpis ten był swoistym wprowadzeniem do dalszych rozważań odnośnie wielgoleskich zagadnień. Dzisiaj chciałabym nanieść na te wspomnienia historycznie udokumentowane fakty.
I tak, w rękopisie Anny znajduje się taki oto fragment: "... Niedaleko tej karpy na takim ni to wzgurku stały 3 stare drewniane krzyże poczerniałe z drzewa dambowego, Pamientam jak jeden się przewrucił i ostały dwa. Powiadali tam się spotykali ojce nasze i tam sie modlili do Matki Przenayświentszej jak nie mogli pujść do Kościoła. To było wtedy jak wojowali z carskiem wojskiem. Nad niemy miał komende Ługowski z Latowicza, nad niem był ksiąc Stempowski a nad niem tylko Pan Bóg w Niebie. Jegry /?/ nieraz ich przycisneli i ostrzelali ale nasze hyżo schronili się w lasach a to były wielowne /?/ lasy i utulili sia u smolarzy i popielaży w lepiankach a Jankiel żyd co trzymał karczme przy gościńcu głownem z Latowicza na Sienice kiej droga odchodzi na granicznik przynosił jem jedzenie. No nie za darmo on to robił ...".
Ważną informacją podaną przez prapraprababkę Annę, na podstawie której, można określić czas wydarzeń jest nazwisko Ługowski. Porucznik Paweł Ługowski był w roku 1863 (w czasie powstania styczniowego) dowódcą około 30-osobowego oddziału powstańczego walczącego z rosyjskim zaborcą. Skupiał w nim ochotników z Latowicza. Wraz z innymi oddziałami funkcjonującymi w powiecie mińskim - ówcześnie siennickim (w tym oddziałem księdza Stanisława Brzóski, oddziałem Marcina Borelowskiego, kapitana Kalinowskiego, a także płk Ziemomysła Kuczyka) grupa latowickich powstańców, uzbrojona w sztucery i pistolety próbowała samodzielnych akcji przeciwko doskonale uzbrojonej armii rosyjskiej. Oddział por. Ługowskiego działał w rejonie Wielgolasu, Seroczyna i Stoczka Łukowskiego. Warto nadmienić, że oddział księdza Brzóski był jednym z najdłużej walczących (dopiero na jesieni 1864 roku ksiądz Brzóska został ujęty przez Rosjan i powieszony w Sokołowie Podlaskim). Powstańczym partyzantom pomagała miejscowa ludność, a także proboszcz parafii w Latowiczu - ksiądz Antoni Stępowski (o którym także jest wzmianka we wspomnieniach prapraprababki). Ksiądz Stępowski został także aresztowany, ale podczas transportowania do oddalonego o niespełna 30 kilometrów Mińska Mazowieckiego oddział powstańców pod dowództwem Kuczyka zorganizował w lesie zasadzkę i w okolicach Wielgolasu odbił aresztanta. Ogromne tereny leśne, które jeszcze w XIX wieku rozciągały się w okolicy Wielgolasu sprzyjały partyzanckiej działalności. To tam partyzanci ukrywali się przed aresztowaniami, a schronienia udostępniali im miejscowi smolarze i popielarze, którzy w lasach zajmowali się wytopem smoły drzewnej, wyrobem popiołu ze spalania drewna i węgla drzewnego, a następnie potażu (którego używano do produkcji mydła, szkła, wyrobów ceramicznych, bielenia tkanin i jako nawozu). Bardzo prawdopodobnym jest, że powstańcy nie mogąc pojawić się we wsi, z obawy przed aresztowaniami, modlili się w miejscu objawienia, a nawet w jego pobliżu chowali, poległych w walkach z zaborcą, swoich towarzyszy broni. To oni zapewne postawili owe trzy krzyże, które stoją do dzisiaj /?/ (dwa oryginalnie zachowane, jeden późniejszy, ale na pewno pochodzący sprzed 1923 roku, co jest zgodne z relacją ówczesnego proboszcza parafii Latowicz księdza Stefana Antosiewicza - ten fakt także pokrywa się z opisem prapraprababci Anny).
Innym ważnym fragmentem we wspomnieniach Anny Zawolskiej są takie oto słowa: "... Kiedy byłam młodom dziewczyno niedaleko budek w lesie majątku Wielgolas był na drzewie zawieszony wysoko obraz. Był to cudowny kolorowy obrazek Matki Przenayświentszej obwieszony koralami rozmaitemi. Cożeśmy szli drogom przez ten las do roboty do niego zaszliśmy i modliliśmy się. A był cudny blask co szedł od niego wieczorem światło biło promienie się rozpościerały jako drogi po których dojść można do nieba ...".
Obraz wisiał wtedy i wisi do dnia dzisiejszego (to nie podlega dyskusji), ale jak wytłumaczyć ten blask od niego bijący? Wspomnieć należy, że Anna Zawolska z domu Trojanek urodziła się około roku 1859 - 1861, a więc była najwyżej kilkuletnim dzieckiem, gdy rozgrywały się wyżej przytoczone wydarzenia. Jako młoda dziewczyna chodziła już razem z innymi do pracy w polu i prawdopodobnie do dworu. Mogły to już być lata 70-te XIX wieku. Najkrótsza droga do wielgoleskiego folwarku wiodła przez las, tuż obok obrazu. Moja Anna modliła się przy nim przed pracą tak jak robiła to jej matka, a może i poprzednie pokolenia również. Czy owy wieczorny blask bijący od obrazu to tylko złudzenie? Wymysł dziecka? Ale przecież inni też tego doświadczali. Ciekawą hipotezę wieczornego blasku roztaczającego się od obrazu przedstawiono na stronie Diecezji Warszawskiej. Otóż, na podstawie ustnych przekazów okolicznych mieszkańców mówiących o światłach w lesie, błądzących ognikach i świecących drzewach wysnuto takie oto wytłumaczenie tych zjawisk - co może także tłumaczyć obserwowany blask bijący od obrazu: miejscowe lasy były, jak już wspomniałam wcześniej, ostoją miejscowych powstańców styczniowych, a w pobliżu obrazu (to dla miejscowych było święte miejsce, w którym niegdyś objawiła się Matka Przenajświętsza - o wytłumaczenie tego zjawiska także się pokuszę) zapewne chowano poległych partyzantów. Przetrwały ustne relacje zachowane przez pokolenia mówiące o wielu mogiłach w lesie. I to jest właśnie sedno rozwiązania zagadki leśnych świateł. Metan powstający w czasie beztlenowego rozkładu szczątków organicznych może ulec samozapaleniu, a uwalniający się fosfor ma właściwości fluorescencyjne. W przypadku nagromadzenia dużych ilości organicznych szczątków na niewielkim terenie jak najbardziej mogły zachodzić zjawiska "świecenia". Były one przez lata obserwowane przez ludność, a z czasem, w sposób naturalny, ulegały osłabieniu. Dla mnie, niedowiarka, jest to sensowne wytłumaczenie.
Kolejnym fragmentem wartym przytoczenia jest: "... Takie to historyje działy sie tu w Wielgolesie. A od kiedy obrazek Matki Przenayświentszej zawieszony na drzewie został to nikt nie pamientał. Powiadali tylko co pierwej u zarania na gałęzi tej choiny pośród gwazd i niebiańskiej jasności Matka Przenayświentsza się objawiła ludziom co szli do roboty na dwoskie wczas najwiekszej bidy i strapienia. Przykazała jem coby nie zapominali i modlili się do Niej ...".
Ano właśnie, kiedy powieszono na drzewie obraz święty i kiedy objawiła się Matka Boska? Nie można zapominać, że powstanie styczniowe nie było jedynym zrywem niepodległościowym w XIX wieku. Przecież trzydzieści dwa lata wcześniej, późną jesienią, wybuchło powstanie listopadowe. Na terenach ziemi latowickiej także wtedy były prowadzone walki zbrojne. Miejscowa ludność zapewne modliła się u stóp drzewa, na którym - tak myślę - już wtedy obraz święty wisiał lub zawisł niedługo później. Było to ważne dla nich miejsce, otoczone kultem początkowo za sprawą objawienia, a następnie na zasadzie tradycji "ojców". Skąd ta tradycja się wywodziła? Ano właśnie z wcześniejszych wydarzeń. To już w latach 1830 - 1831 powstańcy, ale także okoliczni mieszkańcy przychodzili na miejsce objawienia aby wymodlić poprawę losu, zdrowie dla siebie i swoich najbliższych, pomyślne zakończenie walk powstańczych. I tę tradycję podtrzymywano przez kolejne pokolenia, co potwierdza również prapraprababcia Anna. A jeśli chodzi o samo objawienie się Matki Przenajświętszej? Nastąpiło to w czasach wielkiej biedy i strapienia - jak pisze Anna Zawolska. Od pokoleń chadzano tymi samymi drogami przez las - jak najbliżej - do wielgoleskich dóbr, do pracy na pańskim. W ciężkich czasach niedostatku, chorób dziesiątkujących mieszkańców, ucisku kolejnych zarządców wielgoleskiego majątku i w końcu represji zaborcy (od roku 1795 opisywane tutaj tereny były pod zaborem austriackim, od roku 1807 podlegały jurysdykcji Cesarza Francuzów Napoleona I, a następnie w 1815 dostały się w ręce Rosjan) ludzie szukali ratunku i ukojenia (jak to ma miejsce również i dzisiaj). Idąc do ciężkiej pracy narzekali sobie na ten los, modlili się o jego poprawę i nietrudno sobie wyobrazić, że powracający wieczorem do swych chat - strapieni i zmęczeni mogli widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne. Z czasem na wysokiej sośnie, na gałęzi której zobaczono Matkę Bożą zawiesili obraz wykonany przez ludowego artystę. Myślę, że to właśnie tak oto powstał kult miejsca - do Matki Przenajświętszej i do tradycji przodków.
Kolejną kategorią fragmentów wspomnień mojej prapraprababci, które chcę przytoczyć i historycznie wyjaśnić są te odnośnie "cudownych uzdrowień". Także na ich podstawie można dokładnie określić czas opisywanych wydarzeń.
"... A jak w lesie przy 3 krzyżach tak raz przyjechały coby krzyże obalić. Jabłonka co spot kturej źródło biło kazały ściąć i wtedy ten najbutniejszy się roześlił wzion noż i zaczun dźgać obrazek matki Przenajświęntszej. A kobiety co były w lesie drzewo zbierały zaczeły płakać jak na to patszały i tak jak on dźgał pojzał na obrazek i mu łezka zdrentwiała i skamieniała co i noża nie mogł puścić. I takim go zabrali na kpół skamieniał a trzech krzyży co chcili wywalić to nieruszyli. Pan Bóg im nie dopomugł. Po tem zdarzeniu obrazek cudowny kobiety chustkamy wycierały Bo Matka Przenajświentsza płakała łzami i powiesili wysoko na choinie coby już nikt nie mógł swobodnie dostać do niego. A potem panem na majątku w Wielgolesie stał się generał ruski a mówili na niego Fransaba /?/ ...".
Rzeczywiście w roku 1837 dobra wielgoleskie nabył od Skarbu Królestwa Polskiego (do tego czasu Wielgolas wchodził w skład dóbr królewskich) rosyjski generał Jerzy Franshave. To o nim właśnie wspomina Anna. Można na tej podstawie pokusić się o wyjaśnienie, że wydarzenia związane ze ścięciem jabłonki, spod której wybijało źródło i dewastacja świętego obrazka nastąpiły przed rokiem 1837, ale zapewne po 1815 kiedy region ten dostał się pod panowanie carskie. Po tym zdarzeniu obraz został przewieszony wyżej. Potwierdza to również wcześniejszą hipotezę, że już podczas powstania listopadowego modlono się w tym miejscu przed obrazem Matki Bożej.
Na uwagę w tym miejscu zasługuje jeszcze jedno stwierdzenie Anny: "... Zaraz koło tej choiny co to na niej obraz był zawieszony była karpa wypruchniała po jabłonce. Matka mnie muwiła jak była młodę dzieckiem to z niej jabłka rwała ...".
Tak więc matka mojej 3xprababci pamiętała jeszcze jak z owej jabłonki, spod której wypływała uzdrawiająca woda, rwała jabłka. Musiało to wszak być przed wydarzeniami opisanymi w poprzednim akapicie, a więc przed tym jak carskie wojsko pojawiło się w okolicy. Tak jak pisałam wcześniej, Anna urodziła się około roku 1859 - 1861, jej matka mogła być, tak myślę, 20 - 30 lat starsza, a więc urodzona w latach 30-tych XIX wieku. Miałoby to sens, faktycznie mogłaby z owej jabłonki rwać jabłka przed tym jak carscy żołnierze ją ścięli. Niestety nie znalazłam do tej pory żadnych informacji na temat mojej 4xprababci, ale cenny jest dla mnie ten zapis, bowiem wskazuje, że mieszkała wówczas w tej okolicy, a jej córka Anna najprawdopodobniej tutaj się urodziła (jednakże przejrzawszy akta metrykalne z latowickiej parafii za lata, o których właśnie piszę nie natrafiłam na akt urodzenia Anny Trojanek).
Wróćmy jednak do wspomnień ... prapraprababka Anna opisuje w nich także pierwszy cud uzdrowienia dokonany za pomocą wody źródlanej wypływającej spod jabłonkowej karpy. Dotyczył on znienawidzonego przez poddanych, rządcy pracującego dla owego Franshave: "... Miał Rządce co dusił ludzi do roboty na dworskiem bił i poniewierał. Dobrego słowa nie dał. Pan Bóg nie mogł na to przepatrzeć i zesłał na tego rzondce chorobe. Dostawał paralyża i co jakiś czas nieruchomiała mu prawa renka a potem znieruchomienie podchodziło do serca, a on nic nie mógł wyrzec tylko mu usta siniały. Jak raz w samo żniwo kiej był najwienkszy skwar i żar lał się prosto z nieba ten rzondca dostał ataku choroby. Chłopy poszły na pomoc, zwlekły go z pola i zaniesły w cień drzewa a na tym drzewie wisiał ten cudowny obrazek. Kobity chcieny go ocucić wodom ale przez suchość i piachy chciany posłać parobcaka po wode ale sie rozejrzały sie naobkoło a tam była ta karpina. Patrzom a pod niom sączy sie źródełko. To ony ........ / nieczytelne/ nabrały tej wilgoci w chustke i obłożyły twasz rzondcy. Ten rzondca już wywracał oczy do nieba i ledwo dychał. Patrzom wszystkie a on spoziera na nich z życiem. dech mu powraca i choroba ustempuje jak renką odjoł. Tak jakoś niezadługo to trwało, a rzondca wstał i na własnych nogach powrócił do dwora. To kobiety widziały co to cud sie dokonał na ich oczach i w płacz uderzyły i zaczeły modlić sie. Od tamtej pory choroba całkiem mu ustompiła i nawrotów już nie miał. Jak ten rzondca wyzdrowiał tak sie odmienił i dla ludzi był inny. To później ludzie spotykali sia na tem miejscu gdzie cudowna woda ze źródła wybija i modlili sie do Matki Przenayświentszej i płakali i prośby zanosili ...". Do kolejnego spektakularnego uzdrowienia doszło już za życia prapraprababci Anny. Pisze ona, co nastąpiło: "... Za moich czasów sie zmienił dziedzic w Wielgolesie i majontek kupił Wyleżyński. Ale czy on zapłacił peniędzami tego nikt nie widział bo gadali pono wygrał zakład i tyle ziemi dostał i lasu ile przez dzień konno zdołał objechać nabkoło a do cudownego źródła przychodziły całe niezliczone rzesze ludzi co wypraszali łaski. Sama widziałam czołgajocon sie matke od samego goscińca do źródła jak płakała z radości i dzienkowała za odzyskany wzrok swego dzieciska. Te zgromadzenia ludzi co wydeptywali pański las nie spodobały sie rzondcy Józefowi Bieńkowskiemu. To był zły człowiek co w Boga nie wierzył a ludzi poniewierał. Jak sie dowiedział co ludzie czerpali wode cudownom kazał jednemu fornalowi zaprzegnać konia i zawieść psa zdechłego i wrzucić do tej karpy coby ludziom obrzydzić miejsce. Musi on to sam zrobił - toć wiadome co pogadał z Dziedzicem. Przecie nie raz i nie dwa młody panicz konno z przejażdżki wyganiał batem kobity z lasu jak z fartuchamy po drzewo poszły nazbierać do dworskiego bo to bida była i nikt se lasu i pola nie miał. Ten fornal jak mu rzondca kazał tak wykonał, ale kiedy wracał nazat koń mu padł na drodze. To już była kara Boska ale rzondca nie opamientał sie i konia też kazał podrzucić do źródełka. Chłopy na to nie zważali, padline wyjeli pochowali a źródło oczyścili. A temczasem rzondca zachorował jego ciało pokryło sie wrzodami paskudnem trondem. Objechał wszystkich dochtorów bo go było stać ale żadne mu nie pomógł. Na konice trafił do śpitala w Mińsku a tam dochtory rozkładały nad niem rence. Kiedy dziedziczka z majątku wielgolas pojechała do niego z wodom co to jej nabrała u źródełka i poleciła mu coby sie tom wodom obmył. A jak to uczynił to choroba mu ustompiła ...".
Faktem historycznym jest, iż w 1904 roku dobra w Wielgolesie kupił niejaki Bohdan Wyleżyński (majątek pozostawał w rękach jego rodziny do 1944 roku). To zaraz na początku XX wieku nastąpiło kolejne opisywane przez Annę uzdrowienie za pomocą cudownej wody. Zarządcą w dobrach Wyleżyńskiego był wówczas Józef Bieńkowski i to jego ono dotyczyło, o czym czytamy w wyżej cytowanym fragmencie wspomnień.
Zgodnie z tym, co pisze Anna, ona sama na własne oczy także widziała rzesze ludzi udających się do Miejsca Zjawienia chcących podziękować za wszelkie łaski jakich dostąpili za sprawą Matki Przenajświętszej. Kult tego miejsca był na przestrzeni lat coraz to silniejszy i na zasadzie tradycji przetrwał do dnia dzisiejszego.
Na koniec powyższych rozważań warto pokusić się o określenie czasu spisania samych wspomnień. Kiedy dokładnie moja prapraprababcia Anna wzięła pióro do ręki i zapisała bez mała osiem stron z zeszytu? "... Teraz ludzie pogadują o budowie Kaplicy ale ja tego już nie doczekam boza stara i schorowana ...".
Jak już pisałam w części pierwszej odnośnie wielgoleskich wydarzeń Kaplica Zjawienia została wybudowana w latach 1931 - 1934. Historię kaplicy przedstawia w swojej monografii wydanej w 1934 roku ówczesny proboszcz latowicki ksiądz Stefan Antosiewicz (link). Z jego relacji wynika, że w maju 1930 roku tuż po nabożeństwie odbytym przy trzech krzyżach, na którym zgromadziło się około 250 osób pojawiła się, spontanicznie, myśl o wzniesieniu w tym świętym miejscu kaplicy. Rok później także po majowym nabożeństwie utworzył się komitet budowy kaplicy, a państwo Wyleżyńscy ofiarowali ziemię pod jej budowę. Tak więc mowa o wzniesieniu kaplicy miała miejsce na pewno w roku 1930, a może już nieco wcześniej, po chałupach, mówiło się o tym. Na tej podstawie mogę z dużą pewnością sądzić, że moja prapraprababcia Anna Zawolska swoje wspomnienia spisała w roku 1930 - 1931, lub nieznacznie wcześniej. Jest to także ważna dla mnie informacja, bowiem mam pewność, że w tych latach jeszcze żyła. Do tej pory nie znalazłam jej aktu zgonu, którego szukałam po roku 1903 (określając ten rok opierałam się na odnalezionym akcie małżeństwa córki Anny, a mojej praprababci Antoniny Zawolskiej z Janem Kowalewskim, w którym zostało zapisane, iż matka panny młodej była obecna przy zawarciu tego związku małżeńskiego akt nr 5/1903 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). W roku 1930 prapraprababcia Anna miałaby około 70 lat.
Jak widać, na podstawie powyższych rozważań, wszystko co zostało spisane przez moją przodkinię ma sens i zostało przeze mnie poparte faktami historycznymi.
Nadmienić pragnę, że w swoich wyjaśnieniach opierałam się na informacjach zaczerpniętych ze strony Diecezji Warszawskiej, a poświęconych historii powstania Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Wielgolesie. W trakcie poszukiwań informacji o Wielgolesie trafiłam także na stronę laliny.mazowsze.pl. Również ciekawą lekturą okazał się artykuł panów Zygmunta Piłatowskiego i Tadeusza Wójcika pt. "Z dziejów Parafii i Sanktuarium Maryjnego w Wielgolesie", który w 1999 roku ukazał się drukiem w Roczniku Mińsko-Mazowieckim (nr 5, str. 146 - 161). W artykule tym autorzy powołują się na publikacje księdza Stefana Antosiewicza oraz Zygmunta Gajowniczka i to je należy traktować jako najlepsze źródło wiedzy o Latowiczu, Wielgolesie i najbliższych im terenach. Oto te pozycje:
  • S. Antosiewicz "Kaplica Wielgoleska", Mińsk Mazowiecki, 1934
  • Z. Gajowniczek "Pierwsza publikacja o historii kaplicy w Wielgolesie, napisana przez ks. S. Antosiewicza [w] Zeszyty Historyczne Latowicza I (2), str. 39 - 48
  • Z. Gajowniczek "Wielgolas i okolice. Szkice historyczne", 1999
  • Z. Gajowniczek "Dzieje parafii Latowicz", Latowicz Fundacja Przyjaciół Latowicza, 1999, str. 1 - 20, wydanie 3, IBN 83-863310-6-2
  • Z. Gajowniczek "Kraina chleba. Przewodnik po gminie Latowicz", Latowicz Urząd Gminy Latowicz, 2012, str. 1 - 112, IBN 978-83-936120-0-0
  • Z. Gajowniczek "Przewodnik po gminie Latowicz", Gminna Biblioteka Publiczna w Latowiczu, 2013, str. 1 - 120, IBN 978-83-936152-0-9
  • Z. Gajowniczek "Powstanie styczniowe na pograniczu Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny. Przebieg, ślady i pamięć powstania w wiejskiej gminie Latowicz - studium przypadku", Parafia Matki Bożej Różańcowej w Wielgolesie", 2013, str. 1 - 150, IBN 978-83-931123-6-4
  • Z. Gajowniczek "Dzieje Latowicza", Latowicz Urząd Gminy Latowicz, 2015, str. 1 - 768, IBN 978-83-936120-5-5
  • Z. Gajowniczek "Kroniki Straży Pożarnej w Latowiczu", Ochotnicza Straż Pożarna w Latowiczu, 2015, str. 1 - 300, IBN 978-83-941630-0-6

Na sam koniec zamieszczę odnośniki do dwóch niezwykle interesujących map z epoki, na których ukazane są interesujące mnie tereny:


czwartek, 17 listopada 2016

WIELGOLESKIE CUDA. CZĘŚĆ I - PRZESŁANIE PRAPRAPRABABCI ANNY ZAWOLSKIEJ

Stało się ... przez pomyłkę skasowałam post pod tym samym tytułem. Byłam załamana. Nie pozostało mi nic innego jak odtworzyć jego treść, ale niestety Waszych komentarzy, które pod nim były nie można przywrócić (nauczka na przyszłość - zawsze robić kopię wszystkich postów zapisując je na dysku!).
EDYCJA: Okazało się, że komentarze do skasowanego posta widnieją w zakładce bloggera - Komentarze, niestety nie mogę ich automatycznie przywrócić, ale wpisałam je ręcznie ... może dziwnie to wygląda - tak jak ja bym sama je pisała (w nawiasach podałam imię, nazwisko / nick osoby, która zostawiła ten komentarz ... tylko tyle mogłam zrobić.


*******

Dzisiaj chcę się podzielić z Wami dokumentem, który jest dla mnie chyba najcenniejszą obecnie rodzinną pamiątką. Odnalazłam go (chodzi o skan oryginału dokumentu) zupełnie przypadkiem, a to tylko i wyłącznie dzięki temu, że sześć lat temu postanowiłam przywrócić rodzinnej pamięci dawno już zapomnianych przodków. Przybliżę tutaj pokrótce cóż to takiego jest dla mnie tak cenne i w jaki sposób weszłam w posiadanie owego "SKARBU".
Opowieść zacznę od mojej prababci - matki mojego macierzystego dziadka Romana Jezierskiego. Otóż Aleksandra Kowalewska I voto Jezierska II voto Sówka urodziła się 17 czerwca 1905 roku w Budkach (obecnie Budy Wielgoleskie) w powiecie mińskim, gmina Latowicz. To właśnie ona zapoczątkowała moje poszukiwania w latowickiej parafii. W trakcie przeprowadzonej kwerendy genealogicznej okazało się, że jej rodzice Jan Kowalewski i Antonina z domu Zawolska także urodzili się w Budkach (kolejno 3 lipca 1881 roku i 13 czerwca 1884 roku). Moja praprababcia Antonina była córką małżonków Zawolskich - Józefa i Anny z domu Trojanek vel Trojanowska. Mieli oni na pewno siedmioro dzieci (tyle z nich udało mi się odnaleźć). Poniżej zamieszczam wykres pokazujący najbliższą rodzinę Anny Zawolskiej:



EDYCJA w dniu 25 września 2017 r:
Poniżej zamieszczam uaktualniony wykres najbliższej rodziny Anny Zawolskiej (ograniczony do trzech pokoleń), uzupełniony o nowe informacje, które otrzymałam od potomków dzieci i wnuków Anny z bocznych, w stosunku do mojej, linii (serdeczne podziękowania kuzynkom: Ewie Markuszewskiej, Eli Nowickiej i Danusi Budzoń oraz Marcie Suchockiej - nestorce jednej z bocznych linii, która ma niesamowitą pamięć i niepowtarzalny dar dzielenia się wspomnieniami):


Koniec EDYCJI.

Następną rzeczą jaką zawsze robię, gdy moi przodkowie zaprowadzają mnie w nowe rejony kraju to wpisanie nazwy parafii w internetową wyszukiwarkę. W taki sposób trafiłam na stronę prowadzoną przez Pana Zygmunta Gajowniczka - regionalisty i zapalonego historyka ziemi latowickiej i okolic. Znalazłam na niej mnóstwo interesujących informacji (niestety strona została kilka lat temu zlikwidowana), a wśród nich natknęłam się na skany kilku starych, pożółkłych już kartek wyrwanych z zeszytu. Były to wspomnienia spisane przez Annę Józwową Zawolską, a opisujące XIX-wieczne wydarzenia związane z objawieniem się Matki Boskiej w wielgoleskim lesie. Anna Zawolska, żona Józefa ... tak, to musi być moja 3xprababcia! Głęboko w to właśnie wierzę, a dalsze moje poszukiwania utwierdziły mnie tylko w tym przeświadczeniu. W latowickiej parafii w ówczesnym czasie nie mieszkała inna para małżonków Zawolskich o imionach Józef i Anna. Sprawdziłam to opierając się na indeksach geneteki oraz przeglądając dziesiątki / setki akt metrykalnych spisanych w parafialnych księgach w Latowiczu. Na chwilę obecną mam pewność, że wspomnienia, na które natknęłam się przypadkiem, zostały spisane właśnie przez moją prapraprababcię Annę Zawolską. Czas w jakim rękopis mógł powstać pokrywa się z okresem w jakim żyła moja Anna (przybliżę to jeszcze w kolejnym wpisie na blogu niejako nanosząc na te wspomnienia udokumentowane tło historyczne).
Tak więc, proszę ... oto mój odnaleziony "SKARB": 





Żeby dalej było łatwiej pracować (konfrontując zapiski prapraprababci z udokumentowanymi faktami historycznymi) dokonałam transkrypcji wspomnień spisanych przez moją przodkinię. Oto ona:




 

To, co najbardziej mnie poruszyło podczas lektury wspomnień to fragment, cytuję: "... Zachowajcie tedy moje słowa dla młodych - niech pamientajom, a ten kto dołozy alboli ujmie co s tego co tu stoi napisane niech go Palec Boży dotktnie. Bo to sama szczyra prawda o czem klnem się i świadcze podpisem własnorencznem."
Myślę, że życzenie mojej prapraprababci Anny się spełniło. Wiedza o XIX-wiecznych wydarzeniach w wielgoleskim lesie przetrwała do dnia dzisiejszego. Mało tego, prapraprawnuczka Anny odnalazła te wspomnienia, odczytała spisane własnoręcznie przez Annę słowa i dalej przekazuje je kolejnym pokoleniom.
Innymi słowami, które zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie są te oto: "... Matka mnie muwiła nieraz cobym sobie zapamięntała jej słowa co tu w lesie stanie kiedyś piekny Kościuł ...".
Przeczucie mojej 4xprababci (jakie nosiła imię? nie udało mi się jeszcze tego dowiedzieć) także się spełniło. W latach 1931 - 1934 została, w miejscu objawienia się Matki Bożej, wybudowana kaplica (staraniem samych mieszkańców). W roku 1950, na prośbę mieszkańców Wielgolasu i sąsiednich wsi, Kuria Matropolitarna w Warszawie wydała pozwolenie na utworzenie nowej parafii. Ta została erygowana 27 lipca 1952 roku, ale za początek istnienia parafii uznaje się umownie rok 1950. W latach 1957 - 1961 wzniesiono nieopodal kaplicy kościół, który od tamptej pory po dziś dzień służy mieszkańcom Wielgolasu i pobliskich wsi jako świątynia parafialna. Tak więc przeczucie mojej bezimiennej praprapraprababci, i zapewne nie tylko jej, stało się faktem.
Jeszcze jedna rzecz wzruszyła mnie i, tak po ludzku, zasmuciła. Słowa mojej prapraprababci: "... Teraz ludzie pogadują o budowie Kaplicy ale ja tego już nie doczekam boza stara i schorowana ...".
Życie jest takie kruche i zawsze zbyt krótkie ...

EDYCJA w dniu 25 września 2017 r.:
Na samym początku strony trzeciej wspomnień Anny Zawolskiej znajduje się słowo "Jegry", które ja w swojej transkrypcji oznaczyłam znakiem zapytania nie wiedząc co, też ono dokładnie znaczy. Zwrócił mi na to uwagę jeden z czytelników, który wyjaśnił znaczenie owego słowa (patrz: hasło "Jegrzy" na wikipedii). Otóż okazuje się, że mnie nieznane, ale jak widać doskonale funkcjonujące w czasach, w których żyła moja prapraprababcia Anna Zawolska (przełom XIX i XX wieku) określało rosyjskich strzelców wyborowych, którzy walczyli m.in. z polskimi oddziałami powstańczymi.
Dziękuję czujnemu czytelnikowi za te wyjaśnienia.
Koniec EDYCJI.


*******

wtorek, 15 listopada 2016

NAZWISKA WSZYSTKICH MOICH PRZODKÓW. JAK SIĘ NIE POGUBIĆ W ICH GĄSZCZU?

Na początku mojej przygody z genealogią znałam dokładnie siedem /sic!/ nazwisk, które nosili moi bezpośredni przodkowie. Były to nazwiska z głównych linii mojego rodowodu, a więc Tokarscy, Waszkiewiczowie, Jezierscy i  Wołynkowie. Znane mi były także nazwiska panieńskie moich trzech prababć: Gilicińska, Kowalewska, Błaszczyk. Łatwo je było zapamiętać - od lat przecież funkcjonowały w naszej rodzinie. Z czasem jednak, wraz z nowymi odkryciami  i kolejnymi pokoleniami rozsiadającymi się na gałęziach mojego rodowego drzewa nazwisk tych zaczęło przybywać. Na chwilę obecną znanych mi jest 48 nazwisk, które nosili moi antenaci. Siłą rzeczy, w pewnym momencie zaczęłam się gubić. Otwieranie całego wywodu przodków sporządzanego w programie genealogicznym (korzystam z Family Tree Builder) za każdym razem, gdy chciałam coś sprawdzić, przypomnieć sobie powiązania rodzinne było niepraktyczne. Postanowiłam zatem w jakiś sposób usystematyzować sobie te nazwiska i zebrać je w formie wygodnej do szybkiego przeglądania. Na początku stworzyłam sobie, na własny użytek, tzw. chmurę nazwisk. To nic innego jak schemat pokazujący ogólne powiązania rodzinne moich przodków na podstawie li tylko nazwisk. Przy jego pomocy można łatwo i szybko zorientować się w jaki sposób i w którym miejscu dokładnie poszczególne rodziny dołączały do mojej tablicy genealogicznej (działo się to za sprawą małżeństw każdego z moich kolejnych x razy pradziadków - to oni żeniąc się wprowadzali nowe nazwiska i rodziny swoich małżonek do mojego - naszego /sic!/ drzewa).


W dalszej kolejności, w celu uszczegółowienia powyższego schematu, stworzyłam zestawienie nazwisk, które zawiera znacznie więcej danych niż owa chmura - ale ciągle w prostej i w miarę wygodnej formie. Zapisałam w nim najstarsze znane mi (najdalej oddalone ode mnie) osoby noszące określone nazwiska. Uzupełniłam wykaz o daty i miejsca dotyczące tych najstarszych przedstawicieli rodzin, a także o parafie, w których poszczególne nazwiska pojawiały się na przestrzeni wieków, oraz o inne informacje, które uznałam, że mogą być mi pomocne w szybkim odszukaniu czy to danej osoby, czy miejsca.









Powyższe zestawienie, a także chmurę nazwisk można w każdej chwili łatwo uzupełniać dodając kolejne, przywrócone rodzinnej pamięci, nazwiska i osoby. Obie te pomoce genealogiczne, w wersji wydrukowanej, towarzyszą mi zawsze, gdy wybieram się odwiedzić rodzinę - na ich podstawie dużo łatwiej jest wytłumaczyć krewnym zależności pomiędzy rodzinami (traktuję to jako wprowadzenie do dalszych rozważań i dyskusji nad nowymi genealogicznymi odkryciami). Są także nieodzowną pomocą przy wyszukiwaniu kolejnych informacji i uzupełnianiu tych już posiadanych - jedno spojrzenie w tabelę i wiem gdzie, w jakim okresie i czego / kogo szukam. A może ktoś z czytelników mojego bloga podpowie inne rozwiązania jak się nie pogubić w gąszczu nazwisk? Jestem bardzo ciekawa jak Wy sobie z tym radzicie. Będzie mi miło, jeśli w komentarzach podzielicie się swoimi sposobami na porządek w genealogicznej głowie.


*******

WSPÓŁZALEŻNE WPISY:

poniedziałek, 7 listopada 2016

GENEALOGIA. DLACZEGO?

Od ładnych kilku lat to ONA zabiera mi gros mojego wolnego czasu. Zabiera, ale za to ile daje w zamian! Nie umiałabym już bez niej funkcjonować. To pasja na całe życie - i nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty przesady. Kto raz spróbował, ten wie :) 
W wyjaśnieniu, czemu tyle czasu poświęcam na ślęczenie nad mało czytelnymi aktami metrykalnymi, na przeglądanie internetu pod kątem nowych indeksacji, w poszukiwaniu nieznanych mi źródeł, z których mogłabym czerpać wiedzę o moich przodkach pomoże mi wstęp jaki napisałam do mojego pierwszego genealogicznego opracowania, które nota bene jest ciągle w trakcie prac. To właśnie tym wstępem chciałabym rozpocząć cykl genealogiczny na moim blogu. Mam cichą nadzieję, że wychodząc niejako z szuflady z tym swoim zainteresowaniem sprawię, że może ktoś, kto chociażby przypadkiem trafi na mój blog także się genealogią zarazi ... połknie bakcyla. Może ktoś z wytrawnych genealogów zechce od czasu do czasu zajrzeć i pozostawić swój komentarz, który utwierdzi mnie, że to, co robię ma sens. Liczę także na to, że zarówno znana mi bliższa i dalsza rodzina, ale także dalecy kuzyni, których mam nadzieję przy okazji genealogicznej pasji poznać (na pierwszą baaardzo daleką kuzynkę już natrafiłam :) wpadłyśmy na siebie, ale o tym innym razem) będą mnie tutaj wspierać i wyrażać swoje opinie poprzez komentarze. A może ktoś zdecyduje się mi pomóc w odkrywaniu przeszłości? Serdecznie do tego zapraszam. Plan jest taki, żeby to miejsce zbliżało nas wszystkich ... może się uda. Przy Waszej pomocy nie wątpię w to :)