wtorek, 13 grudnia 2016

UZUPEŁNIENIE DOTYCZĄCE POWODZI W WARSZAWIE W CZERWCU 1884 ROKU

Gdy w poprzednim poście pisałam o narodzinach kolejnych dzieci moich 3xpradziadków Zawolskich, to w kalendarium do części poświęconej narodzinom mojej praprababci Antoniny podałam, że w dniu 23 czerwca 1884 roku (w dniu kolejnym po chrzcie Antoniny w latowickim kościele) w Warszawie miała miejsce powódź. Okazuje się, że mógłby to być doskonały temat na oddzielny wpis, bowiem powódź ta była jedną z większych w udokumentowanych dziejach miasta. Generalnie jednak opisuję, póki co, okolice oddalone od Warszawy o około 50 kilometrów w linii prostej na południowy wschód i zastanawiam się tylko, czy wody Świdra (dopływu Wisły na południowych rubieżach miasta) także mogły dać się ówcześnie we znaki mieszkańcom miejscowości położonych bezpośrednio nad tą rzeką (mnie interesuje miasto Latowicz i okoliczne wsie). Sama powódź warszawska nie jest zatem sednem samym w sobie opisywanych przeze mnie historii. Mimo to, postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma opracowaniami traktującymi o warszawskich powodziach oraz grafikami, na które natrafiłam w publikacji "Warszawa w ilustracji prasowej XIX wieku". Rysunki obrazują ową powódź z 1884 roku, są więc ciekawym źródłem historycznym. 

"Z powodzi" Ludomir Ilinicz Zajdel (1858 - 1904)

"Powódź w Warszawie i jej okolicy" Władysław Sandecki (1869 - 1889)

"Z wylewu Wisły pod Warszawą" Władysław Sandecki (1869 - 1889)

"Powódź w Warszawie w dzielnicy nadwiślańskiej" Aleksander Malinowski (1855 - 1917)

"Powódź na Saskiej Kępie" Tadeusz Dowgird (1850 - 1919)

O powodzi w Warszawie pisałam także przy okazji narodzin pierwszego dziecka moich praprapradziadków - Antoniego (20 stycznia 1879 roku). Wyrządziła ona także mnóstwo strat w samej Warszawie oraz w miejscowościach okolicznych, ale była - jak się okazało - jedynie preludium do tego, co się wydarzyło pięć lat później (zresztą w dziejach miasta Warszawy - w tych sprzed okresu usypania wałów przeciwpowodziowych - na przestrzeni stuleci powodzie powtarzały się cyklicznie co kilka lat, a te katastrofalne występowały co 10 - 16 lat, a wszystkie one były prawdziwym utrapieniem dla warszawiaków, mimo to traktowano je jako coś naturalnego i nieuchronnego, a przed ich skutkami ratowano się jedynie ucieczką - co nie zawsze się udawało). W lutym 1879 roku stan wód w Wiśle osiągnął maksymalny pułap 11 stóp w ówczesnej skali miary rosyjskiej (tj. 335 cm), natomiast 23 czerwca 1884 roku rano wysokość wód w Warszawie wynosiła 18 stóp (tj. 548 cm). Na stronie portalu o urbanistyce i gospodarce przestrzennej podano, że najwyższy stan wód w Warszawie podczas powodzi w 1884 roku wynosił 770 centymetrów i faktycznie była ona jedną z groźniejszych w XIX wieku. Nadmienić pragnę, iż w czasach mi współczesnych powodzie w Warszawie nieraz były zagrożeniem dla miasta (2005 rok - stan wody w Wiśle wynosił 658 cm, 2001 - 706 cm, 1987 - 646 cm, 1980 - 728 cm), jednakże pamiętać także należy, że obecnie istnieje system wałów (umacnianie brzegów rzeki oraz usypywanie wałów rozpoczęło się dopiero na początku XX wieku), które mają zabezpieczać przed wlaniem się wody do miasta - jak pokazuje najnowsza historia różnie z tym jednak bywa. W XIX wieku - i wcześniej - takie wały nie istniały, a więc zagrożenie było zgoła poważniejsze, a skutki klęski nieporównywalne.
Wróćmy do roku 1884. W dniu 23 czerwca do Warszawy napłynęła fala kulminacyjna i to tego dnia stan wody był maksymalny i wynosił 770 cm (podaję za źródłem). Wyobraźmy sobie, że woda praktycznie całkowicie zalała tereny na prawym brzegu Wisły. Pod wodą znalazły się Saska Kępa, Gocław, Zerzno, Praga (wraz z ulicą Wołową - obecnie Targową, czyli głównym traktem praskim). Na lewym brzegu woda dotarła aż do Wilanowa - podchodziła pod pałacowe tarasy! Pod wodą znalazły się park w Morysinie, Augustówka, Zawady, Siekierki, Czerniaków, Powiśle. Filary mostu Kierbedzia były pod wodą w trzech czwartych ich wysokości. Nurtem rzeki spływał cały ludzki dobytek - krypy ze sprzętem domowym i nawet psami, połamane tratwy z drewnem, nawet całe chaty powywracane i spore budynki drewniane. Nie obyło się niestety bez ofiar w zwierzętach gospodarskich i ludziach. Jeszcze gorszym dla Warszawy kataklizmem była powódź z lipca 1844 roku ze stanem wody 863 cm (link), a także ta z roku 1813 (808 cm) o czym można przeczytać w przytaczanych przeze mnie opracowaniach.
Trochę odbiegam tym wpisem od tematów stricte genealogicznych, ale skoro w poprzednim poście poruszyłam problem warszawskich powodzi (zastanawiając się, czy Świder był niebezpieczny dla latowiczan) to po natrafieniu na powyższe rysunki musiałam (ot, moja dociekliwość) nieco bardziej zgłębić tę kwestię. Na pewno nie wyczerpuję zagadnienia warszawskich powodzi, ale to, czego zdołałam się dowiedzieć chwilowo mnie satysfakcjonuje (w szczególności polecam artykuł Stefana Rygiela zamieszczony w roczniku "Ziemia" z 1934 roku oraz wydania Gazety Warszawskiej z czerwca 1884 roku).

Poniżej zamieszczam linki do opracowań, z których korzystałam przy tworzeniu tego wpisu:
Ogromną ilość informacji o królowej naszych rzek zawiera również opracowanie Artura Magnuszewskiego, Małgorzaty Gutry-Koryckiej i Zdzisława Mikulskiego pt. "Historyczne i współczesne warunki przepływu wód wielkich Wisły w Warszawie" zamieszczone w miesięczniku "Gospodarka Wodna", Nr 1/2012 i 2/2012 (ISSN 0017-2448).


*******

niedziela, 11 grudnia 2016

BAWMY SIĘ I RADUJMY SIĘ. RODZINNA SIELANKA U ANNY I JÓZEFA ZAWOLSKICH

Gdy Anna Trojankówna wychodziła za mąż za Józefa Zawolskiego miała około siedemnastu lat, a na pewno nie więcej niż dziewiętnaście (biorąc pod uwagę, że nie znam dokładnej daty jej urodzenia, a tylko przedział lat, w którym mogła się urodzić 1859 - 1861). Do zawarcia związku małżeńskiego przez tę parę doszło nie później niż w roku 1878, a nowo zaślubiony małżonek młodziutkiej Anny najprawdopodobniej był jej rówieśnikiem lub mógł być niewiele od niej starszy - może ze dwa lata. 
Kto uczestniczył w tym rodzinnym wydarzeniu, oprócz pary młodych, oczywiście? Możliwe, że rodzice obydwojga - jeśli wtedy jeszcze żyli oraz ich rodzeństwo. Niestety, dotychczas nie udało mi się odnaleźć osób ówcześnie im bliskich, albo też nie umiem określić ich pokrewieństwa. Miejsca, w którym doszło do zaślubin też niestety nie znam (w księgach latowickiej parafii z tego okresu nie ma żadnego śladu po takiej ceremonii, a przecież ze spisanych wspomnień Anny wynika, że w okolicy Wielgolasu mieszkała od dziecka nie tylko ona sama, ale także i jej matka - gdzie zatem szukać aktu małżeństwa Anny z Józefem?). 
Mogę sobie za to wyobrazić jak taka uroczystość zaślubin mogła wtenczas wyglądać. W tygodniku społeczno-literackim, który wychodził w Siedlcach w pierwszej połowie XX wieku, a zwał się "Głos Podlasia" w Nr 30 wydanym w dniu 19 listopada 1910 roku na piątej stronie znajduje się artykuł pod tytułem "Obrzędy weselne nad Świdrem". Chociaż notatka ta spisana jest trzydzieści dwa lata później, niż rodzinne wydarzenie, do którego doszło - tak przypuszczam - w okolicy Latowicza / Wielgolasu to myślę, że tradycje i obrzędy ślubne Latowicza - o których traktuje ów artykuł - nie zmieniły się zbytnio na przestrzeni tych lat. Autor (podpisany inicjałami J. L.) pisze, że skoro tylko wykopki ziemniaków się zakończą (a więc zapewne z końcem września lub początkiem października) latowiczanie rozpoczynają wyprawianie wesel, trwających zwykle dwa dni. Najpierw "... państwo młodzi obchodzą znajomych, sąsiadów i krewnych, zapraszając na gody do domu rodziców panny młodej. Od godziny 7 po południu schodzą się zaproszeni goście, wchodząc jednem wejściem, przy kominie, gdzie "ad hoc" obrana gospodyni wręcza każdemu kubek "krupniku", zaczerpnąwszy warząchwią specjału z "grapy" (sagana żelaznego). Ów krupnik przygotowują z okowity lub spirytusu z miodem i masłem, a u uboższych z sadłem i upalonym na karmel cukrem. Gospodyni pilnie strzeże, żeby każdy gość otrzymał taki kubek krupniku. Na stołach porozstawiane salaterki i półmiski z plackiem pszennym i pokrajaną kiełbasą wyrobu domowego. Około 6 - 7-ej wieczorem weselnicy idą do kościoła, a po powrocie od ślubu rozpoczynają się tańce z wiejską tradycyjną kapelą: skrzypce i bas, a niekiedy trąbka lub flet na dodatek. Tańczą bez przerwy do godziny 11 - 12 w nocy tak zwanego "siota" (coś z oberka, a nieco z walca z chodzeniem), a następnie rozstawiają stoły i zasiadają do "obiadu", składającego się: z rosołu z ryżem, lub barszczu na dudkach, sztuki mięsa, flaków z kaszą jaglaną, nóg w galarecie, przekrapianych "czystą" i piwem bawarskiem z wiwatami na cześć młodych. Po kolacji następują oczepiny. Pannę młodą sadzają na środku izby na dzierzy od ciasta, rozplatają warkocze i nakładają jej na głowę czepek. Czynności tej dokonują mężatki, a kapela rżnie "chmiela". Następnie drużbowie i druchny otaczają kołem "młodą" i dość monotonnie śpiewają tylko nad Świdrem znane strofki, zachęcające gości weselnych, głównie krewnych, do składania młodej monet "na czepek". 

Drużbowie: 
Czegóż druchny, nie śpiewacie,
Czy dębowe gardła macie?
A wołajcież na matulę,
Bo jej miała dać koszule. (bis)

Skoro datek za mały, druchny przyśpiewują:
Rubla mało i dwa mało,
Trzy rubelki by się zdało.

Zauważywszy, że do talerza na kolanach młodej wrzucili drobną monetę, druchny śpiewają:
Pod kościołem nie siedziała,
Po trzy grosze nie zbierała.

Drużbowie przynaglają druchny:
A wołajcież na stryjaszka,
Bo obiecał dać koniaszka!

Jeśli kto za długo szuka monety - wstydząc go śpiewają:
Tak się drapie, tak się drapie,
Jak ten pająk po pułapie.

Wreszcie panna młoda w czepku po kolej tańczy z każdym z gości "chmiela", poczem część gości starszych się rozchodzi - a młodzież dalej tańczy "siota" i flirtuje, od czasu do czasu pokrzepiając się piwem lub wódką, co trwa do białego rana. Następnego dnia poprawiny, a w końcu "przenosiny" do pana młodego."

"Wesele na dawnej wsi" Franciszek Kostrzewski (1826 - 1911)

Z pewnością uroczystości weselne Anny i Józefa nie odbiegały zbytnio od tych opisanych w artykule sprzed ponad stu lat.  Odbyły się w domu rodzinnym Anny (gdzie dokładnie?), a później po dwóch dniach zabawy nastąpiły przenosiny młodej mężatki do domu jej nowo zaślubionego męża w Budkach Wielgoleskich (czy Józef mieszkał tam wówczas ze swoimi rodzicami i to do ich domu sprowadziła się Anna?). To moje domysły, ale z dużym prawdopodobieństwem, że tak właśnie było w roku 1878 (lub może rok wcześniej?) gdy Anna i Józef pobrali się. Czy sama uroczystość odbyła się jesienią, a może jednak o innej porze roku? Nie ma to większego znaczenia, chociaż ciekawość jest. Faktem jest, iż w rodzinach Trojanków i Zawolskich zapanowała radość, a wszyscy bawili się dwa dni i dwie noce tańcząc, pijąc, jedząc ... niczego sobie nie szczędząc ... być może ...
Tak więc młodzi małżonkowie zamieszkali w Budkach Wielgoleskich i zajmowali się uprawą roli.

"Obejście w Bronowicach" Włodzimierz Tetmajer (1861 - 1923)

Anna w okolicach kwietnia 1878 roku zaszła w ciążę (w takim razie może ślub odbył się na Wielkanoc, która tamtego roku wypadała 21 kwietnia?), a 20 stycznia roku następnego (wg kalendarza gregoriańskiego - nowego stylu) powiła swoje pierwsze dziecko - syna Antoniego (akt nr 17/1879 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). Młody i zapewne szczęśliwy ojciec dwanaście dni czekał, żeby udać się do proboszcza i zgłosić narodziny swojego pierworodnego. W końcu w sobotę, pierwszego dnia lutego po południu dwudziestoletni wówczas Józef Zawolski zaprzągł wóz / sanie w konie i udał się z malutkim Antosiem w blisko ośmiokilometrową drogę, aby ochrzcić syna. Towarzyszyli im trzydziestoletni Stanisław Buntruk i pięćdziesięcioletni Tomasz Mroczek (obaj także byli rolnikami z Budek Wielgoleskich i zapewne sąsiadami Józefa, a może nawet byli w jakiś sposób spowinowaceni z nim?). Na pewno jeszcze dwie osoby pojechały wraz z Józefem do latowickiego kościoła (te które miały być rodzicami chrzestnymi maleństwa). Byli to Antoni Repedziński /?/ i Józefa Sobocińska. O godzinie siedemnastej stanęli wszyscy w kancelarii parafialnej kościoła w Latowiczu i przed księdzem Józefem Bijakowskim oświadczyli, że dziecko, w imieniu którego proszą o chrzest urodziło się w poniedziałek 20 stycznia o godzinie siedemnastej (określenia czasu dnia pojawiające się w aktach metrykalnych należy traktować zawsze z rezerwą, jednak warto mieć je na uwadze i nie odrzucać jako niepewne, nie są one zbyt ważną informacją, ale dobrze wiedzieć - nieprawdaż?). Józef oświadczył także, a obecni świadkowie to potwierdzili, że matką chłopca jest jego prawowita żona Anna z Trojanków mająca wówczas lat osiemnaście.
Było to z pewnością doniosłe wydarzenie w rodzinie Józefa - chrzciny jego pierwszego dziecka i to syna! W domu Józefa i Anny zapanowała radość.
Gdy, zapewne kilka dni później, skryba przepisywał z podręcznego kajetu dane odnośnie chrztu Antosia musiał się pomylić, bowiem w akcie zapisał, że ojcem dziecka był Józef Zawiliński (jednak w sumariuszu widnieje poprawne nazwisko nowo narodzonego - Zawolski Antoni, link). Pozostałe dane zapisane w akcie chrztu zgadzają się z danymi z późniejszych aktów spisanych przy okazji narodzin kolejnych dzieci Józefa i Anny Zawolskich, tak więc nieścisłość tę traktuję jako oczywistą omyłkę skryby (nazwisko Zawiliński także pojawia się w parafialnych księgach z Latowicza i to dużo częściej niż Zawolski, ale nic nie wskazuje na to, żeby te rodziny były spokrewnione z moimi Zawolskimi).

A tymczasem, jak donosi Pamiętnik starego subiekta:
  • 7 stycznia 1879 roku Kurier Warszawski przyniósł pierwszą wiadomość o wybuchu epidemii dżumy w dalekim Astrachaniu. Następnie 24 stycznia gazeta owa poinformowała swoich czytelników, że źródłem epidemii była stanica kozacka w Wietlance. Rozszerzająca się w całej guberni astrachańskiej zaraza wywołała duże zaniepokojenie we wschodniej i środkowej Europie. Na szczęście dżuma znikła już na wiosnę tego samego roku nie rozciągając się na inne europejskie kraje. Również na mazowiecką ziemię, tym razem, nie dotarła. Ale może mieszkańcy mazowieckich wsi i miasteczek mieli świadomość niebezpieczeństwa? A może było ono jednak tak znikome, że do ludności wiejskiej zamieszkałej w okolicach Latowicza wiadomości o zarazie w ogóle nie dotarły? Jak podaje bowiem "Gazeta Warszawska" z dnia 22 stycznia 1879 roku na pierwszej swojej stronie, "... gubernator astrachański wysłał 18 stycznia telegram do zarządzającego ministeryum spraw wewnętrznych z informacją, iż "chorych nie ma", "... doniesienia o zarazie zamieszczone w Gońcu Urzędowym, a oparte na raportach dra Krasowskiego stwierdzały fakt, że wszyscy zachorowujący umierają pomimo najczynniejszej pomocy lekarskiej. Śmiertelność obecnie jest mała, bo mało też zapada; ale ktokolwiek zachoruje, ten już stracony. Przedsiębiorą się wszelkie możliwe środki odosobnienia miejsc zarażonych i desinfekcyi za pomocą koperwasu, chloru, kwasu karbolowego ...".
  • W połowie lutego 1879 roku wody Wisły niebezpiecznie wezbrały i zalały szereg podwarszawskich wsi. Straty wywołane powodzią były bardzo duże i komitet pomocy powodzianom zorganizował w pierwszą niedzielę marca (2 marca) na ich cel koncert charytatywny w Teatrze Wielkim w Warszawie. Czy jeden z dopływów Wisły - Świder także wtedy wylał? Budki Wielgoleskie są położone w linii prostej o niespełna trzy kilometry od nurtu rzeki, Latowicz leży bezpośrednio nad samym Świdrem, którego źródła znajdują się w odległości około dwudziestu kilometrów od miasta - jeszcze za Stoczkiem Łukowskim. Czy, zatem powódź dotknęła mieszkańców tych terenów? A może rzeka w początkowym swym biegu nie była niebezpieczna? Patrząc z drugiej strony, historia pokazuje, że często to właśnie na pozór niegroźne, małe rzeczki i strugi potrafią napytać sporo biedy okolicznym mieszkańcom. 
  • 26 lutego 1879 roku rozpoczynał się Wielki Post.
"Gazecie Warszawskiej" z dnia 20 stycznia 1879 roku wyczytałam, że w dniu, w którym urodził się mały Antoś temperatura powietrza w Warszawie (od której Budki Wielgoleskie oddalone są o około pięćdziesięciu kilometrów w linii prostej na południowy-wschód) wynosiła rano minus 5 stopni, a po południu minus 3 stopnie w skali Réaumura (podaję za wikipedią: 1 stopień Celsjusza = 0,8 stopnia Réaumura). Wysokość wody na Wiśle wynosiła tego dnia stóp 2 cali 10 (wg miary rosyjskiej wprowadzonej w Królestwie Kongresowym w 1849 roku, 1 stopa = 0,3048 m i dzieli się na 12 cali). Dziennik ten podawał tego dnia także informacje na temat zarazy astrachańskiej - że jest wysoce zaraźliwa, ale nie rozprzestrzenia się, a jej zasięg maleje.
Natomiast w dniu 1 lutego ten sam dziennik w swoim wydaniu Nr 25 podaje temperaturę powietrza rano minus 14 st. Ré, po południu minus 10 st. Ré. Wysokość wody na Wiśle wzrosła do 6 stóp i 8 cali! (tj. do około 2 metrów). Zaraza astrachańska musiała jednak wywoływać niepokój wśród obywateli Królestwa Kongresowego, bowiem w numerze tym na stronie drugiej zamieszczono obszerny artykuł (na trzy szpalty) napisany przez dr G. Fritsche na temat pochodzenia i istoty dżumy wraz ze wskazówkami jak się przed nią chronić. Zresztą jeszcze niejednokrotnie temat ten był poruszany na łamach gazety (również w kolejnym numerze dziennika na stronie drugiej).
I w taki oto sposób, dzięki pamiętnikowi pisanemu przez Ignacego Rzeckiego - fikcyjną postać wprowadzoną przez Bolesława Prusa do powieści pt. "Lalka", a także dzięki prześledzeniu wiadomości z ówczesnych dzienników mogłam co nieco więcej dowiedzieć się jak wyglądać mogło życie na mazowieckiej wsi w czasie kiedy urodził się pierwszy syn Anny i Józefa Zawolskich - moich 3xpradziadków. Wiem przeto, że w styczniu tamtego roku temperatury powietrza utrzymywały się na poziomie umiarkowanym poniżej 0 st. C, na przełomie stycznia i lutego obniżyły się do około - 10 st. C. Od 4 lutego stopniowo się ocieplało, a w połowie tego miesiąca temperatura wskazywała przez kilka dni około 3 st. C na plusie. Takie ocieplenie wystarczyło, aby w tym samym czasie poziom wód w Wiśle wzrósł maksymalnie do nieco ponad 3 metrów (co miało katastrofalne skutki dla wielu podwarszawskich wsi, być może wysoki poziom wód odnotowano również na rzece Świdrze). Pokusiłam się o zrobienie wykresu ilustrującego ówczesne temperatury oraz poziom wód w Wiśle:


Dzień, w którym Józef wiózł swojego pierworodnego synka do kościoła parafialnego w Latowiczu był jednym z mroźniejszych od początku tamtego roku. Pokonując otwartym wozem (jeśli śnieg leżał wówczas na drogach, to być może wóz był wyposażony w płozy) zaprzęgniętym w konie (tak sobie taką podróż wyobrażam w tamtych czasach) dystans ośmiu kilometrów trzeba było naprawdę dobrze opatulić się derkami i mieć szczególne baczenie na zawiniątko, w którym schowane było dwunastodniowe dzieciątko. Gdyby ktoś ówcześnie mógł zrobić zdjęcie takiej sceny, to czy wyglądałaby ona podobnie do tych uwiecznionych na obrazach namalowanych przez artystę-malarza Władysława Chmielińskiego? Czy Anna będąca w połogu także pojechała do kościoła? Może raczej została w domu wychodząc jedynie przed chatę i żegnając odjeżdżających?

"Przejażdżka na saniach" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

"Saniami przez wieś" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

 "Sanie przed kościołem" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

"Zimą na wsi" Władysław Chmieliński (1911 - 1979)

Do dni dzisiejszych zachowały się dwa zdjęcia starego, drewnianego kościoła w Latowiczu (wybudowanego w latach 1733 - 1737, a rozebranego w 1918 roku po wzniesieniu w latach 1899 - 1911 nowej murowanej świątyni stojącej do dzisiaj). To właśnie w tym nieistniejącym już obecnie kościele mój praprapradziadek Józef Zawolski chrzcił wszystkie swoje dzieci.

Stary kościół w Latowiczu (1737 - 1918)
źródło: laliny.mazowsze.pl

Stary kościół w Latowiczu (1737 - 1918)
źródło: laliny.mazowsze.pl

Józef, na przestrzeni siedemnastu lat, jeszcze sześciokrotnie pokonuje drogę z Budek do Latowicza w celu ochrzczenia swoich dzieci.
Drugi raz w ciążę Anna zachodzi w styczniu 1881 roku. Antoś ma wówczas dwa latka. W środę 14 września o godzinie ósmej wieczorem rodzi mu się siostra - Marianna Józefa, której chrzciny odbyły się już po czterech dniach w niedzielne wczesne popołudnie (o godzinie czternastej). Przed proboszczem latowickiej parafii księdzem Piotrem Godlewskim stawili się razem z Józefem Zawolskim (gospodarzem, 21 lat): Stanisław Sobociński (50 lat) i Jan Kowalski (36 lat) obaj także gospodarze z Budek. Rodzicami chrzestnymi młodszej siostrzyczki Antosia byli: Wojciech Kowalski i Franciszka Baranowa. (akt nr 135/1881 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 204, 207, 208/1881)
14 września 1881 roku (dzień narodzin Marianny Józefy Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +15 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 10 cali
17 września 1881 roku (przeddzień chrzcin Marianny Józefy Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +13 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 8 cali
  • W Warszawie 16 września 1881 roku odbył się pierwszy w kraju! pogrzeb bezwyznaniowy (kościół nawołuje, żeby bezwyznaniowcy zakładali swoje cmentarze)
  • "Klęska urodzaju" na Podolu (obfity zbiór zbóż, kartofli i owoców)
19 września 1881 roku (następny dzień po chrzcinach Marianny Józefy Zawolskiej):
  • temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +13 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 4 stopy 0 cali

Po raz trzeci Anna chodzi w ciąży - mniej więcej - od września 1883 roku. W piątkowe wczesne popołudnie 13 czerwca 1884 roku (o godzinie czternastej) urodziła się moja praprababcia Antonina. Jej starsze rodzeństwo ma odpowiednio pięć i pół roku - Antoś oraz niecałe dwa latka - Marianna. Ojciec (rolnik, 22 lata) ochrzcił Antosię 22 czerwca (w niedzielę), a ceremonii dokonał ksiądz Piotr Godlewski. Matką chrzestną była Katarzyna Trojanek, a ojcem chrzestnym Stanisław Zawolski (przypuszczam, że Katarzyna jest spokrewniona z matką nowo narodzonego dziecka, a Stanisław z ojcem dziecka - być może jest jego bratem /?/, ale na razie nie umiem jednak umiejscowić tych osób w drzewie genealogicznym). Świadkami zgłoszenia narodzin mojej 2xprababci Antosi byli: ojciec chrzestny dziecka - Stanisław Zawolski (30 lat) oraz Tomasz Mroczek (60 lat) obaj rolnicy z Budek. (akt nr 115/1884 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 132, 139, 140/1884)
13 czerwca 1884 roku (dzień narodzin Antoniny Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +12 st. Ré, po południu +18 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 11 cali
21 czerwca 1884 roku (przeddzień chrzcin Antoniny Zawolskiej):
  • temperatura powietrza wynosiła: rano +12 st. Ré, po południu +15 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 3 stopy 9 cali
23 czerwca 1884 roku (następny dzień po chrzcinach Antoniny Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła: rano +10 st. Ré, po południu +15 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 18 stóp 0 cali (tj. 5,5 metra!)
  • Wylały wody rzek (galicyjskie dopływy Wisły i sama Wisła). W Dęblinie powódź poczyniła ogromne straty, runęły przęsła nowobudowanego mostu żelaznego kolei Dąbrowskiej. "... woda po drodze ku Warszawie pozrywała tamy, poniszczyła drogi, zalała kilkadziesiąt wsi, uniosła pokosy, kopy i stogi siana z łąk nadbrzeżnych, pozabierała nawóz z pola, drzewo ze składów, tratwy ze zbożem z przystanków, i wszystko pędziło ku Warszawie, aby ztąd pędzić dalej ..." Ucierpiały okolice Wilanowa, Siekierki, Saska Kępa, Gocław, Gocławek, Zerzno (stanęły pod wodą). W Warszawie została zalana część Solca i Tamki, po prawej stronie rzeki zalany został Park Praski. Powódź spowodowały ulewne deszcze i roztopy ostatnich śniegów w górach.
Czwartym z kolei dzieckiem Anny i Józefa Zawolskich jest Jan urodzony w niedzielne przedpołudnie 20 lutego 1887 roku (o godzinie dziesiątej). Z pewnością trójka starszych dzieci (ośmioletni Antoś, pięcioipółletnia Marianna oraz dwuipółletnia Antosia) ucieszyła się, że mają małego braciszka. Czy dla rodziców pojawienie się kolejnego dziecka było również czystą radością, czy może raczej ciężarem? Tego nie wiem. Faktem natomiast jest, że w kolejną niedzielę 27 lutego o godzinie czternastej ksiądz Piotr Godlewski ochrzcił małego Jaśka. Tym razem rodzicami chrzestnymi byli: Jan Kowalski (41 lat, rolnik z Budek) będący również jednym ze świadków oraz Ewa Kupiec. Drugim świadkiem, który stawił się wraz z ojcem dziecka - Józefem (rolnikiem, 28 lat) przed proboszczem latowickiej parafii był Tomasz Mroczek (70 lat, także rolnik z Budek). (akt nr 51/1887 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 47, 54/1887)
20 lutego 1887 roku (dzień narodzin Jana Zawolskiego):
  • Temperatura powietrza wynosiła rano -5 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 3 stopy 4 cale
  • Od kilku dni w Warszawie odnotowywano silne mrozy (do -14 st. Ré) i duże opady śniegu uniemożliwiające kursowanie tramwajów.
27 lutego 1887 roku (dzień chrzcin Jana Zawolskiego):
  • temperatura powietrza wynosiła rano -1 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 2 stopy 0 cali

Pięć lat później, 28 kwietnia 1892 roku (był to czwartek) Anna urodziła swoje piąte dziecko, któremu na chrzcie świętym mającym miejsce w dniu 1 maja nadane zostało imię Józefa. Czy wówczas do kościoła pojechała cała "Józwowa" rodzina, czy tylko ojciec wraz ze świadkami i chrzestnymi? Była to niedziela, więc jest duże prawdopodobieństwo, że Józef zabrał ze sobą również trzynastoletniego Antka, jedenastoletnią Mariannę, ośmioletnią Antosię i pięcioletniego Jasia. O godzinie trzynastej ksiądz Piotr Godlewski ochrzcił Józefę w obecności świadków: Jana Pulczyna (52 lata) i Stanisława Zawolskiego (40 lat, to ten sam, który był ojcem chrzestnym mojej praprababci Antoniny prawie osiem lat wcześniej). Rodzicami chrzestnymi Józefy zostali: Jan Pulczyn i Józefa Zawolska (być może krewna ojca dziecka lub bratowa). (akt nr 95/1892 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Krótkie kalendarium / prasówka ("Gazeta Warszawska" Nr 113, 116/1892)
28 kwietnia 1892 roku (dzień narodzin Józefy Zawolskiej):
  • Temperatura powietrza wynosiła rano +3 st. Ré
  • Wysokość wody w Wiśle: 5 stóp 0 cali
1 maja 1892 roku (dzień chrzcin Józefy Zawolskiej):
  • temperatura powietrza wynosiła rano +6 st. Ré
  • wysokość wody w Wiśle: 5 stóp 0 cali

Szóste dziecko pary małżonków Józefa i Anny Zawolskich urodziło się po kolejnych trzech latach. Był sobotni wieczór 2 marca 1895 roku. O godzinie dziewiętnastej Anna urodziła trzeciego syna, któremu nadano imię Bronisław (w sumariuszu zapisano dwa imiona Antoni Bronisław, link). Trzeciego syna Józef ochrzcił "dopiero" po dwudziestu trzech dniach (w czasach obecnych uważane byłoby to za bardzo szybkie dopełnienie sakramentu świętego). W poniedziałek 25 marca Józef wraz ze świadkami, także tak jak i on rolnikami z Budek Wielgoleskich: Stanisławem Bontrukiem (54 lata) i Mikołajem Dąbrowskim (46 lat) stawił się o godzinie trzynastej przed księdzem latowickim Piotrem Godlewskim (przypomnieć tutaj muszę, iż pierwsze dziecko Józefa i Anny - Antoni było chrzczone w sobotę, kolejna czwórka dzieci została ochrzczona w niedzielę, a to oto szóste w poniedziałek - sprawdziłam, czy to nie był przypadkiem poniedziałek wielkanocny, ale nie - Wielkanoc roku 1895 wypadała 14 kwietnia, link). Na rodziców chrzestnych zostali tym razem wybrani: ksiądz Edward Sawicki /!/ oraz Marianna Repecińska. (akt nr 83/1895 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Dla roku 1895 brak jest wydań on-line "Gazety Warszawskiej".

Ostatnim, siódmym potomkiem Anny i Józefa była córka Julianna. Urodziła się ona w piątek 18 marca 1898 roku o godzinie trzeciej w nocy. W kolejną niedzielę 27 marca dziewczynka została ochrzczona, a jej rodzicami chrzestnymi byli: Antoni Kowalski (27 lat) i Ludwika Wagner. Ojcu dziecka i jego rodzicom chrzestnym towarzyszył w tej uroczystości także Stanisław Zawolski (48 lat). Wszyscy mężczyźni byli rolnikami zamieszkałymi w Budkach Wielgoleskich. (akt nr 94/1898 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz)
W domu Józefa i Anny zapanowała radość.

Dla roku 1898 brak jest wydań on-line "Gazety Warszawskiej".

Z premedytacją nadałam temu wpisowi dosyć przewrotny tytuł. Mam świadomość, iż życie rodziny Józefa i Anny Zawolskich - moich praprapradziadków na przestrzeni dwudziestu lat nie składało się zapewne jedynie ze szczęśliwych chwil i radosnych wydarzeń, ale temat wesela i narodzin dzieci w taki czas jak teraz - czas adwentu wpisał się idealnie. Już teraz pragnę wszystkim moim czytelnikom złożyć najserdeczniejsze życzenia wesołych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Do następnego razu ... być może już w Nowym Roku :)


*******

czwartek, 1 grudnia 2016

ANNA TROJANKÓWNA. DOMNIEMANY OKRES SZKOLNY

Tak niewiele wiem o prapraprababci Annie Zawolskiej z domu Trojankównej, a zarazem wystarczająco, żeby móc cokolwiek napisać o niej samej i jej najbliższej rodzinie. Te okruszki znalezionych przeze mnie informacji (bowiem w rodzinnych przekazach nie zachowała się nawet pamięć, że taka osoba żyła i była naszą przodkinią - a to przecież babcia mojej prababci Aleksandry Sówkowej - którą troszkę pamiętam, a moja mama pamięta ją doskonale ... myślę - zresztą wszystko na to wskazuje, że prababcia Aleksandra urodzona w 1905 roku musiała znać swoją babcię Annę) są znakomitą okazją do dalszego odkrywania i próby odtworzenia biegu życia Anny Zawolskiej. Mam jedynie małą wątpliwość: czy życzyłaby sobie tego? W świetle jej słów: "... Zachowajcie tedy moje słowa dla młodych - niech pamientajom ..." wydaje mi się, że chociaż dotyczyły one wielgoleskich wydarzeń, to z powodzeniem można zastosować je szerzej. Pewnie ucieszyłaby się, a może bardziej zdziwiła, że jej prapraprawnuczka (pewnie jedna z wielu - przecież odtworzoną do czasów obecnych mam jedynie jedną z linii - a i ta jest jeszcze pełna luk, które Anna zapoczątkowała wraz ze swoim mężem Józefem) postanowiła odnaleźć ślady, między innymi, i jej życia i prześledzić - może dla obcych ludzi wcale nieciekawe, aczkolwiek dla tej prapraprawnuczki  arcyciekawe losy.
Annine wspomnienia spisane około roku 1930 wskazują na to, że okolice Latowicza nie były jej obce - tam się najprawdopodobniej urodziła około roku 1859 - 1861 (gdzie dokładnie?) jako córka małżonków Trojanków i tam mieszkała całe swoje życie (we wsi Budki - dzisiejsze Budy Wielgoleskie). Tam także mieszkała, będąc jeszcze dzieckiem, jej matka - z imienia niestety jeszcze mi nieznana (o tym także wspomina Anna w pozostawionym, ku potomności, rękopisie). 
Ano właśnie, własnoręcznie spisane wspomnienia - to jest prawdziwe "COŚ" i to nie tylko z racji ich treści, którą wyjaśniałam we wpisie o wielgoleskich cudach. Chociaż charakter pisma Anny jest daleki od ideału, a składnia zdań, błędy stylistyczne i ortograficzne oraz potoczna gwara, jaką prapraprababcia się posługiwała nie ułatwiają odczytania tych wspomnień, to jednak one powstały /sic!/, co należy zdecydowanie podkreślić, bowiem nierzadko jeszcze na początku XX wieku, a w XIX bardzo często, umiejętność pisania i czytania, na wsi szczególnie, nie była taka oczywista. Gdzie zatem moja prapraprababcia miała możliwość nauczenia się pisania i czytania? 
Z pomocą przyszedł mi oczywiście nieoceniony internet - znak naszych czasów. To dzięki niemu dowiedziałam się, że moja prapraprababcia Anna mogła na przełomie lat 60/70 XIX wieku (wtedy była mniej więcej w wieku szkolnym) uczęszczać do jednej z dwóch okolicznych szkół (zakładam oczywiście, z dużym prawdopodobieństwem, że w dzieciństwie mieszkała w Budkach lub niedalekiej okolicy). Były to ówcześnie: szkoła w Latowiczu oraz w Wielgolesie. Pierwsza z nich powstała już w połowie XV wieku, natomiast ta, do której było znacznie bliżej z Budek została założona w 1807 roku. Myślę, że jeżeli prapraprababcia chodziła do jakiejkolwiek szkoły to była to raczej ta w Wielgolesie (oddalona od Budek o około 2,5 kilometra, a droga do niej wiodła przez las tuż obok sosny, na której wisiał cudowny obraz). 
Na stronie internetowej Zespołu Szkół im. Rodziny Wyleżyńskich w Wielgolesie natrafiłam na skrótowe Kalendarium szkoły oraz na opracowanie dotyczące historii szkoły w Wielgolesie, którego autorem jest nauczyciel historii w owej szkole niegdyś uczący - Pan Zdzisław Ćmoch. W kolejnych akapitach przybliżę, na podstawie powyższych opracowań, jak wyglądała sytuacja oświaty i nauczania w Królestwie Polskim w drugiej połowie XIX wieku i jak to się miało do szkoły w Wielgolesie.
Otóż, w roku 1862 (Anna mogła być wtedy rocznym dzieckiem, a może miała 2 - 3 latka?, nie umiem tego na razie z większą precyzją ustalić) została na terenie Królestwa Polskiego tzw. Kongresowego wprowadzona m.in. reforma szkolna. Wydano wówczas ustawę, na mocy której określone zostały zasady nauczania w podstawowych, powszechnych szkołach elementarnych. Nauczaniem objęto dzieci od siódmego roku życia, które miały uczęszczać do szkoły przez okres 4 - 5 lat. Rok szkolny miał trwać od 1 września do 31 lipca. Zajęcia miały odbywać się codziennie (z wyjątkiem niedziel) po pięć godzin z dwu lub czterogodzinną przerwą pomiędzy nimi (latem trwały od godz. 8.00 do 11.00 i ponownie od 15.00 do 17.00, a zimą od 9.00 do 12.00 i od 14.00 do 16.00). Liczba dzieci w klasie nie mogła przekraczać 60 /sic!/. Dzieci uczyły się: czytania i pisania w języku polskim, rachunków (dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia), wielkości miar, wag i pieniędzy używanych w kraju, a także pacierza, katechizmu i śpiewu kościelnego. Ówczesny program nauczania obejmował także tzw. niezbędne ukształtowanie umysłu i serca - cokolwiek by to nie znaczyło. Wydawałoby się, że całkiem nieźle wyglądał ten program nauczania (zważając, że Polska była de facto pod IV zaborem), ale niedługo przyszło się tym cieszyć. Upadek powstania styczniowego zaostrzył carskie represje. I tak, uczniowie mieli od tej pory spędzać w szkole 33 godziny tygodniowo ucząc się: języka rosyjskiego (8 godz.), religii i przedmiotów praktycznych (po 6 godz.), rachunków (5 godz.), języka polskiego i śpiewu (po 3 godz.) oraz kaligrafii (2 godz.). Do 1867 roku językiem wykładowym był polski. Niestety później, stopniowo, wraz z napływem nowo-wykształconych prorosyjskich nauczycieli wprowadzano, jako wykładowy, język rosyjski. Obowiązek szkolny nie był wówczas bardzo przestrzegany i można się domyślać, że absencja wśród uczniów była wysoka.
Jak podaje Pan Zdzisław Ćmoch, na kilkanaście lat przed wybuchem powstania styczniowego szkoła w Wielgolesie była utrzymywana przed dwór i mieściła się w dworskich czworakach. Do szkoły tej uczęszczały jedynie dzieci, których rodzice należeli do służby dworskiej. W roku 1864 ówczesny nauczyciel Feliks Dłuski przeniósł szkołę do domu po leśniczym (który zginął w powstaniu styczniowym) położonego we wsi pomiędzy posesjami Łukaszka i Święcha (czy uda mi się ustalić gdzie dokładnie stał ten dom?). Dom leśniczego został wyremontowany przez ówczesnego właściciela wielgoleskiego klucza - Jana Ordęgę. Była to najprawdopodobniej typowa chłopska chałupa składająca się z sieni, komory służącej normalnie za magazyn, jednej większej izby i alkierza, czyli dużo mniejszej drugiej izby będącej z reguły sypialnią. Szkoła istniała w tym budynku około 20 lat, a więc do około roku 1884. Zatem to tam chodziła się uczyć czytać, pisać i rachować moja Anna - jeśli oczywiście do szkoły rodzice ją posyłali, co nie jest wcale pewne.
W roku szkolnym 1869/1870 do, najprawdopodobniej, III oddziałowej szkoły w Wielgolesie uczęszczało 122 uczniów (w tym 2 pochodzenia mieszczańskiego, a pozostali chłopskiego). Czy była wśród nich moja prapraprababcia Anna Trojankówna (wówczas 8 - 10 letnia)? Pewności nie mam żadnej, a jedynie przypuszczenia. Na tych ponad stu uczniów przypadał tylko jeden nauczyciel. Jak sobie radził z taką gromadą dzieci? Pewnie nie wszyscy chodzili systematycznie, ale to i tak wymagało zapewne dużego zaangażowania z jego strony, żeby ogarnąć nauczanie wiekowo zróżnicowanych uczniów. W kronice szkolnej zachował się zapis, że w latach, kiedy liczba uczniów była duża jako dodatkowe pomieszczenie wykorzystywano komórkę przy sali lekcyjnej. Tym sposobem nauczyciel mógł prowadzić nauczanie równoległe w dwóch klasach na raz ciągle biegając od izby do komórki. Być może, wielgoleska szkoła z drugiej połowy XIX wieku wyglądała podobnie jak na poniższym obrazie szwajcarskiego malarza? Na pewno warunki nauki w Wielgolesie nie były lepsze, a mogły być tylko gorsze.

"Wiejska szkoła 1874 - 1878" Albert Anker (1831 - 1910)

W latach 1865 - 1875 nauczycielem w owej szkole był Wojciech Kaliński aż z Iwowego (miejscowość ta leży mniej więcej w takiej samej odległości od Latowicza jak Wielgolas, jednak po jego przeciwnej stronie - w kierunku na południowy-wschód). Był on samoukiem (nie ukończył nawet szkoły elementarnej) i podobno w porównaniu ze swoim poprzednikiem wypadał blado jeśli chodzi o umiejętności nauczania, a i sam rozległą wiedzą ogólną nie grzeszył. Posada wiejskiego nauczyciela była jego dodatkowym zajęciem - był "trochę stolarzem, trochę ogrodnikiem" jak o nim mówi zachowana kronika szkolna. Pobierał niewielką pensję miesięczną w wysokości 8 złotych, a dodatkowo dorabiał sobie jeszcze jako rzemieślnik. Zapewne podjął się nauczenia dzieci pisania, czytania, dodawania i odejmowania, ale nauka ta nie stała na zbyt wysokim poziomie. Po 5 latach pracy został skierowany na roczny kurs dla nauczycieli zorganizowany przez Rosjan w pobliskiej Siennicy. Po powrocie wprowadził do nauczania język rosyjski. Był to rok 1871/1872 ... moja prapraprababcia miała wówczas 10 - 12 lat, a więc może to były ostatnie lata jej nauki, a może do szkoły już nie uczęszczała - była zbyt duża na naukę, aczkolwiek w sam raz do pomocy w gospodarstwie i do pracy w dworskim folwarku. 
Czy tak było rzeczywiście? Czy Anna Trojankówna miała sposobność nauki w wiejskiej szkole - chociaż przez jakiś czas? Nic nie wiem na pewno, ale faktem jest, że pisać i czytać umiała dzięki czemu mogła, po latach, pozostawić następnym pokoleniom swoje świadectwo wielgoleskich wydarzeń.

Poniżej zamieszczam linki do opracowań dotyczących m.in. szkoły w Wielgolesie, z których korzystałam przy tworzeniu tego wpisu:


*******

piątek, 25 listopada 2016

LUSTRO BABCI JASI

Widzę, że według statystyk wyświetlania postów, ten oto pusty - będący zapowiedzią, co na moim blogu będzie się działo - ma naprawdę dużo odsłon. Nie będę zatem już dłużej trzymać w niepewności moich czytelników. Zmobilizowałam się dzisiaj i w końcu zrobiłam zdjęcia "odrestaurowanego" lustra. Ale najpierw, króciutko, jego historia, wszak na blogu traktującym o czasach przeszłych nie może jej zabraknąć w żadnym wpisie.
Lustro jest podobno ponad studwudziestoletnie, kryształowe. Było częścią toaletki stojącej w jednym z pokoi u ojczystej babci mojego małżonka. Dostał je ostatnio jako pamiątkę po nieżyjącej już od ponad ośmiu lat babci Jasi. O ile widać, że lustro jest wiekowe - te zadrapania, przebarwienia, odpryski spodniej strony przebijające na tę lustrzaną dla mnie są prawdziwą gratką, to jednak zostało jakiś czas temu (raczej później, niźli wcześniej) oprawione w zwykłą surową, sosnową ramę. Aż się boję pomyśleć, co stało się z ową toaletką ... mam nadzieję, że w najgorszym razie została sprzedana / oddana komuś, komu służy do dzisiaj.
Tak więc zabrałam się do przeobrażenia ramy lustra w taką, która odda jego historię i wpisze się charakterem w nasze mieszkanie. Po pomalowaniu ramy (pokażę kilka etapów), lustro stanęło na swoim docelowym miejscu. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała długo czekać, żeby zawisło - mogłabym sama je powiesić, ale niech małżonek też ma w to przeobrażenie jakiś wkład ;)  Myślę, że lustro wraz z konsolką, która stoi pod nim (to też pamiątka, tym razem po mojej ojczystej babci Władzi) tworzą zgraną parę. Efekt jaki chciałam uzyskać malując ramę, to taki, żeby swoim stylem odzwierciedlała powycierane od dotykania gałeczki w szufladkach konsolki. Jak myślicie, udało mi się?






 A teraz zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć dokumentujących lustrzane przeobrażenie:



Na zdjęciach powyżej widać, że lustro nie jest idealne - dlatego, w mojej opinii, jest tak piękne i warte poświęcenia odrobiny czasu i pracy,  aby je dopieścić i dogłaskać.


Przed malowaniem ramę lekko przetarłam papierem ściernym o granulacji 120, a to jedynie w celu usunięcia ewentualnych zabrudzeń - drewno nie było wcześniej niczym malowane, więc odeszło mi sporo pracy związanej z usuwaniem wcześniejszych powłok malarskich. Oczywiście później odpyliłam i przetarłam wilgotną szmatką. Na tak przygotowaną ramę naniosłam gąbką - to mój ulubiony malarski gadżet - pierwszą cienką warstwę ciemnobrązowej lakierobejcy. Później drugą - obie dokładnie wcierając w drewno.



Efekt po pierwszym etapie - taki sobie, co jednak nie powinno zniechęcać. Następnie przetarłam niektóre miejsca - te bardziej wypukłe zwykłą świeczką i dopiero wtedy zaczęłam delikatnie, cienkimi warstwami nanosić, także gąbką, pozłotę. Rozcierałam, nanosiłam, aż do uzyskania zadowalającego mnie efektu. Na koniec przetarłam całość papierem ściernym o granulacji 180, a następnie jeszcze ostrą stroną gąbki i na koniec wypolerowałam bawełnianą szmatką. Po tych zabiegach uwydatniły się pory drewna, ukazały się przetarcia od złotego buku, po ciemny dąb, a wszystko to okraszone zostało złotą poświatą.


Tak oto, mamy w domu kolejną sentymentalną pamiątkę, a lustro babci Jasi zyskało, miły - może nie tylko dla mojego oka, złoty blask -  stary, powycierany przez czas.


wtorek, 22 listopada 2016

WIELGOLESKIE CUDA. CZĘŚĆ II - KONFRONTACJA WSPOMNIEŃ PRAPRAPRABABCI ANNY ZAWOLSKIEJ Z UDOKUMENTOWANYMI FAKTAMI HISTORYCZNYMI

W części pierwszej odnoszącej się do wydarzeń z okolic Wielgolasu i Latowicza podzieliłam się z moimi czytelnikami odnalezionymi wspomnieniami mojej 3xprababci Anny Zawolskiej. Wpis ten był swoistym wprowadzeniem do dalszych rozważań odnośnie wielgoleskich zagadnień. Dzisiaj chciałabym nanieść na te wspomnienia historycznie udokumentowane fakty.
I tak, w rękopisie Anny znajduje się taki oto fragment: "... Niedaleko tej karpy na takim ni to wzgurku stały 3 stare drewniane krzyże poczerniałe z drzewa dambowego, Pamientam jak jeden się przewrucił i ostały dwa. Powiadali tam się spotykali ojce nasze i tam sie modlili do Matki Przenayświentszej jak nie mogli pujść do Kościoła. To było wtedy jak wojowali z carskiem wojskiem. Nad niemy miał komende Ługowski z Latowicza, nad niem był ksiąc Stempowski a nad niem tylko Pan Bóg w Niebie. Jegry /?/ nieraz ich przycisneli i ostrzelali ale nasze hyżo schronili się w lasach a to były wielowne /?/ lasy i utulili sia u smolarzy i popielaży w lepiankach a Jankiel żyd co trzymał karczme przy gościńcu głownem z Latowicza na Sienice kiej droga odchodzi na granicznik przynosił jem jedzenie. No nie za darmo on to robił ...".
Ważną informacją podaną przez prapraprababkę Annę, na podstawie której, można określić czas wydarzeń jest nazwisko Ługowski. Porucznik Paweł Ługowski był w roku 1863 (w czasie powstania styczniowego) dowódcą około 30-osobowego oddziału powstańczego walczącego z rosyjskim zaborcą. Skupiał w nim ochotników z Latowicza. Wraz z innymi oddziałami funkcjonującymi w powiecie mińskim - ówcześnie siennickim (w tym oddziałem księdza Stanisława Brzóski, oddziałem Marcina Borelowskiego, kapitana Kalinowskiego, a także płk Ziemomysła Kuczyka) grupa latowickich powstańców, uzbrojona w sztucery i pistolety próbowała samodzielnych akcji przeciwko doskonale uzbrojonej armii rosyjskiej. Oddział por. Ługowskiego działał w rejonie Wielgolasu, Seroczyna i Stoczka Łukowskiego. Warto nadmienić, że oddział księdza Brzóski był jednym z najdłużej walczących (dopiero na jesieni 1864 roku ksiądz Brzóska został ujęty przez Rosjan i powieszony w Sokołowie Podlaskim). Powstańczym partyzantom pomagała miejscowa ludność, a także proboszcz parafii w Latowiczu - ksiądz Antoni Stępowski (o którym także jest wzmianka we wspomnieniach prapraprababki). Ksiądz Stępowski został także aresztowany, ale podczas transportowania do oddalonego o niespełna 30 kilometrów Mińska Mazowieckiego oddział powstańców pod dowództwem Kuczyka zorganizował w lesie zasadzkę i w okolicach Wielgolasu odbił aresztanta. Ogromne tereny leśne, które jeszcze w XIX wieku rozciągały się w okolicy Wielgolasu sprzyjały partyzanckiej działalności. To tam partyzanci ukrywali się przed aresztowaniami, a schronienia udostępniali im miejscowi smolarze i popielarze, którzy w lasach zajmowali się wytopem smoły drzewnej, wyrobem popiołu ze spalania drewna i węgla drzewnego, a następnie potażu (którego używano do produkcji mydła, szkła, wyrobów ceramicznych, bielenia tkanin i jako nawozu). Bardzo prawdopodobnym jest, że powstańcy nie mogąc pojawić się we wsi, z obawy przed aresztowaniami, modlili się w miejscu objawienia, a nawet w jego pobliżu chowali, poległych w walkach z zaborcą, swoich towarzyszy broni. To oni zapewne postawili owe trzy krzyże, które stoją do dzisiaj /?/ (dwa oryginalnie zachowane, jeden późniejszy, ale na pewno pochodzący sprzed 1923 roku, co jest zgodne z relacją ówczesnego proboszcza parafii Latowicz księdza Stefana Antosiewicza - ten fakt także pokrywa się z opisem prapraprababci Anny).
Innym ważnym fragmentem we wspomnieniach Anny Zawolskiej są takie oto słowa: "... Kiedy byłam młodom dziewczyno niedaleko budek w lesie majątku Wielgolas był na drzewie zawieszony wysoko obraz. Był to cudowny kolorowy obrazek Matki Przenayświentszej obwieszony koralami rozmaitemi. Cożeśmy szli drogom przez ten las do roboty do niego zaszliśmy i modliliśmy się. A był cudny blask co szedł od niego wieczorem światło biło promienie się rozpościerały jako drogi po których dojść można do nieba ...".
Obraz wisiał wtedy i wisi do dnia dzisiejszego (to nie podlega dyskusji), ale jak wytłumaczyć ten blask od niego bijący? Wspomnieć należy, że Anna Zawolska z domu Trojanek urodziła się około roku 1859 - 1861, a więc była najwyżej kilkuletnim dzieckiem, gdy rozgrywały się wyżej przytoczone wydarzenia. Jako młoda dziewczyna chodziła już razem z innymi do pracy w polu i prawdopodobnie do dworu. Mogły to już być lata 70-te XIX wieku. Najkrótsza droga do wielgoleskiego folwarku wiodła przez las, tuż obok obrazu. Moja Anna modliła się przy nim przed pracą tak jak robiła to jej matka, a może i poprzednie pokolenia również. Czy owy wieczorny blask bijący od obrazu to tylko złudzenie? Wymysł dziecka? Ale przecież inni też tego doświadczali. Ciekawą hipotezę wieczornego blasku roztaczającego się od obrazu przedstawiono na stronie Diecezji Warszawskiej. Otóż, na podstawie ustnych przekazów okolicznych mieszkańców mówiących o światłach w lesie, błądzących ognikach i świecących drzewach wysnuto takie oto wytłumaczenie tych zjawisk - co może także tłumaczyć obserwowany blask bijący od obrazu: miejscowe lasy były, jak już wspomniałam wcześniej, ostoją miejscowych powstańców styczniowych, a w pobliżu obrazu (to dla miejscowych było święte miejsce, w którym niegdyś objawiła się Matka Przenajświętsza - o wytłumaczenie tego zjawiska także się pokuszę) zapewne chowano poległych partyzantów. Przetrwały ustne relacje zachowane przez pokolenia mówiące o wielu mogiłach w lesie. I to jest właśnie sedno rozwiązania zagadki leśnych świateł. Metan powstający w czasie beztlenowego rozkładu szczątków organicznych może ulec samozapaleniu, a uwalniający się fosfor ma właściwości fluorescencyjne. W przypadku nagromadzenia dużych ilości organicznych szczątków na niewielkim terenie jak najbardziej mogły zachodzić zjawiska "świecenia". Były one przez lata obserwowane przez ludność, a z czasem, w sposób naturalny, ulegały osłabieniu. Dla mnie, niedowiarka, jest to sensowne wytłumaczenie.
Kolejnym fragmentem wartym przytoczenia jest: "... Takie to historyje działy sie tu w Wielgolesie. A od kiedy obrazek Matki Przenayświentszej zawieszony na drzewie został to nikt nie pamientał. Powiadali tylko co pierwej u zarania na gałęzi tej choiny pośród gwazd i niebiańskiej jasności Matka Przenayświentsza się objawiła ludziom co szli do roboty na dwoskie wczas najwiekszej bidy i strapienia. Przykazała jem coby nie zapominali i modlili się do Niej ...".
Ano właśnie, kiedy powieszono na drzewie obraz święty i kiedy objawiła się Matka Boska? Nie można zapominać, że powstanie styczniowe nie było jedynym zrywem niepodległościowym w XIX wieku. Przecież trzydzieści dwa lata wcześniej, późną jesienią, wybuchło powstanie listopadowe. Na terenach ziemi latowickiej także wtedy były prowadzone walki zbrojne. Miejscowa ludność zapewne modliła się u stóp drzewa, na którym - tak myślę - już wtedy obraz święty wisiał lub zawisł niedługo później. Było to ważne dla nich miejsce, otoczone kultem początkowo za sprawą objawienia, a następnie na zasadzie tradycji "ojców". Skąd ta tradycja się wywodziła? Ano właśnie z wcześniejszych wydarzeń. To już w latach 1830 - 1831 powstańcy, ale także okoliczni mieszkańcy przychodzili na miejsce objawienia aby wymodlić poprawę losu, zdrowie dla siebie i swoich najbliższych, pomyślne zakończenie walk powstańczych. I tę tradycję podtrzymywano przez kolejne pokolenia, co potwierdza również prapraprababcia Anna. A jeśli chodzi o samo objawienie się Matki Przenajświętszej? Nastąpiło to w czasach wielkiej biedy i strapienia - jak pisze Anna Zawolska. Od pokoleń chadzano tymi samymi drogami przez las - jak najbliżej - do wielgoleskich dóbr, do pracy na pańskim. W ciężkich czasach niedostatku, chorób dziesiątkujących mieszkańców, ucisku kolejnych zarządców wielgoleskiego majątku i w końcu represji zaborcy (od roku 1795 opisywane tutaj tereny były pod zaborem austriackim, od roku 1807 podlegały jurysdykcji Cesarza Francuzów Napoleona I, a następnie w 1815 dostały się w ręce Rosjan) ludzie szukali ratunku i ukojenia (jak to ma miejsce również i dzisiaj). Idąc do ciężkiej pracy narzekali sobie na ten los, modlili się o jego poprawę i nietrudno sobie wyobrazić, że powracający wieczorem do swych chat - strapieni i zmęczeni mogli widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne. Z czasem na wysokiej sośnie, na gałęzi której zobaczono Matkę Bożą zawiesili obraz wykonany przez ludowego artystę. Myślę, że to właśnie tak oto powstał kult miejsca - do Matki Przenajświętszej i do tradycji przodków.
Kolejną kategorią fragmentów wspomnień mojej prapraprababci, które chcę przytoczyć i historycznie wyjaśnić są te odnośnie "cudownych uzdrowień". Także na ich podstawie można dokładnie określić czas opisywanych wydarzeń.
"... A jak w lesie przy 3 krzyżach tak raz przyjechały coby krzyże obalić. Jabłonka co spot kturej źródło biło kazały ściąć i wtedy ten najbutniejszy się roześlił wzion noż i zaczun dźgać obrazek matki Przenajświęntszej. A kobiety co były w lesie drzewo zbierały zaczeły płakać jak na to patszały i tak jak on dźgał pojzał na obrazek i mu łezka zdrentwiała i skamieniała co i noża nie mogł puścić. I takim go zabrali na kpół skamieniał a trzech krzyży co chcili wywalić to nieruszyli. Pan Bóg im nie dopomugł. Po tem zdarzeniu obrazek cudowny kobiety chustkamy wycierały Bo Matka Przenajświentsza płakała łzami i powiesili wysoko na choinie coby już nikt nie mógł swobodnie dostać do niego. A potem panem na majątku w Wielgolesie stał się generał ruski a mówili na niego Fransaba /?/ ...".
Rzeczywiście w roku 1837 dobra wielgoleskie nabył od Skarbu Królestwa Polskiego (do tego czasu Wielgolas wchodził w skład dóbr królewskich) rosyjski generał Jerzy Franshave. To o nim właśnie wspomina Anna. Można na tej podstawie pokusić się o wyjaśnienie, że wydarzenia związane ze ścięciem jabłonki, spod której wybijało źródło i dewastacja świętego obrazka nastąpiły przed rokiem 1837, ale zapewne po 1815 kiedy region ten dostał się pod panowanie carskie. Po tym zdarzeniu obraz został przewieszony wyżej. Potwierdza to również wcześniejszą hipotezę, że już podczas powstania listopadowego modlono się w tym miejscu przed obrazem Matki Bożej.
Na uwagę w tym miejscu zasługuje jeszcze jedno stwierdzenie Anny: "... Zaraz koło tej choiny co to na niej obraz był zawieszony była karpa wypruchniała po jabłonce. Matka mnie muwiła jak była młodę dzieckiem to z niej jabłka rwała ...".
Tak więc matka mojej 3xprababci pamiętała jeszcze jak z owej jabłonki, spod której wypływała uzdrawiająca woda, rwała jabłka. Musiało to wszak być przed wydarzeniami opisanymi w poprzednim akapicie, a więc przed tym jak carskie wojsko pojawiło się w okolicy. Tak jak pisałam wcześniej, Anna urodziła się około roku 1859 - 1861, jej matka mogła być, tak myślę, 20 - 30 lat starsza, a więc urodzona w latach 30-tych XIX wieku. Miałoby to sens, faktycznie mogłaby z owej jabłonki rwać jabłka przed tym jak carscy żołnierze ją ścięli. Niestety nie znalazłam do tej pory żadnych informacji na temat mojej 4xprababci, ale cenny jest dla mnie ten zapis, bowiem wskazuje, że mieszkała wówczas w tej okolicy, a jej córka Anna najprawdopodobniej tutaj się urodziła (jednakże przejrzawszy akta metrykalne z latowickiej parafii za lata, o których właśnie piszę nie natrafiłam na akt urodzenia Anny Trojanek).
Wróćmy jednak do wspomnień ... prapraprababka Anna opisuje w nich także pierwszy cud uzdrowienia dokonany za pomocą wody źródlanej wypływającej spod jabłonkowej karpy. Dotyczył on znienawidzonego przez poddanych, rządcy pracującego dla owego Franshave: "... Miał Rządce co dusił ludzi do roboty na dworskiem bił i poniewierał. Dobrego słowa nie dał. Pan Bóg nie mogł na to przepatrzeć i zesłał na tego rzondce chorobe. Dostawał paralyża i co jakiś czas nieruchomiała mu prawa renka a potem znieruchomienie podchodziło do serca, a on nic nie mógł wyrzec tylko mu usta siniały. Jak raz w samo żniwo kiej był najwienkszy skwar i żar lał się prosto z nieba ten rzondca dostał ataku choroby. Chłopy poszły na pomoc, zwlekły go z pola i zaniesły w cień drzewa a na tym drzewie wisiał ten cudowny obrazek. Kobity chcieny go ocucić wodom ale przez suchość i piachy chciany posłać parobcaka po wode ale sie rozejrzały sie naobkoło a tam była ta karpina. Patrzom a pod niom sączy sie źródełko. To ony ........ / nieczytelne/ nabrały tej wilgoci w chustke i obłożyły twasz rzondcy. Ten rzondca już wywracał oczy do nieba i ledwo dychał. Patrzom wszystkie a on spoziera na nich z życiem. dech mu powraca i choroba ustempuje jak renką odjoł. Tak jakoś niezadługo to trwało, a rzondca wstał i na własnych nogach powrócił do dwora. To kobiety widziały co to cud sie dokonał na ich oczach i w płacz uderzyły i zaczeły modlić sie. Od tamtej pory choroba całkiem mu ustompiła i nawrotów już nie miał. Jak ten rzondca wyzdrowiał tak sie odmienił i dla ludzi był inny. To później ludzie spotykali sia na tem miejscu gdzie cudowna woda ze źródła wybija i modlili sie do Matki Przenayświentszej i płakali i prośby zanosili ...". Do kolejnego spektakularnego uzdrowienia doszło już za życia prapraprababci Anny. Pisze ona, co nastąpiło: "... Za moich czasów sie zmienił dziedzic w Wielgolesie i majontek kupił Wyleżyński. Ale czy on zapłacił peniędzami tego nikt nie widział bo gadali pono wygrał zakład i tyle ziemi dostał i lasu ile przez dzień konno zdołał objechać nabkoło a do cudownego źródła przychodziły całe niezliczone rzesze ludzi co wypraszali łaski. Sama widziałam czołgajocon sie matke od samego goscińca do źródła jak płakała z radości i dzienkowała za odzyskany wzrok swego dzieciska. Te zgromadzenia ludzi co wydeptywali pański las nie spodobały sie rzondcy Józefowi Bieńkowskiemu. To był zły człowiek co w Boga nie wierzył a ludzi poniewierał. Jak sie dowiedział co ludzie czerpali wode cudownom kazał jednemu fornalowi zaprzegnać konia i zawieść psa zdechłego i wrzucić do tej karpy coby ludziom obrzydzić miejsce. Musi on to sam zrobił - toć wiadome co pogadał z Dziedzicem. Przecie nie raz i nie dwa młody panicz konno z przejażdżki wyganiał batem kobity z lasu jak z fartuchamy po drzewo poszły nazbierać do dworskiego bo to bida była i nikt se lasu i pola nie miał. Ten fornal jak mu rzondca kazał tak wykonał, ale kiedy wracał nazat koń mu padł na drodze. To już była kara Boska ale rzondca nie opamientał sie i konia też kazał podrzucić do źródełka. Chłopy na to nie zważali, padline wyjeli pochowali a źródło oczyścili. A temczasem rzondca zachorował jego ciało pokryło sie wrzodami paskudnem trondem. Objechał wszystkich dochtorów bo go było stać ale żadne mu nie pomógł. Na konice trafił do śpitala w Mińsku a tam dochtory rozkładały nad niem rence. Kiedy dziedziczka z majątku wielgolas pojechała do niego z wodom co to jej nabrała u źródełka i poleciła mu coby sie tom wodom obmył. A jak to uczynił to choroba mu ustompiła ...".
Faktem historycznym jest, iż w 1904 roku dobra w Wielgolesie kupił niejaki Bohdan Wyleżyński (majątek pozostawał w rękach jego rodziny do 1944 roku). To zaraz na początku XX wieku nastąpiło kolejne opisywane przez Annę uzdrowienie za pomocą cudownej wody. Zarządcą w dobrach Wyleżyńskiego był wówczas Józef Bieńkowski i to jego ono dotyczyło, o czym czytamy w wyżej cytowanym fragmencie wspomnień.
Zgodnie z tym, co pisze Anna, ona sama na własne oczy także widziała rzesze ludzi udających się do Miejsca Zjawienia chcących podziękować za wszelkie łaski jakich dostąpili za sprawą Matki Przenajświętszej. Kult tego miejsca był na przestrzeni lat coraz to silniejszy i na zasadzie tradycji przetrwał do dnia dzisiejszego.
Na koniec powyższych rozważań warto pokusić się o określenie czasu spisania samych wspomnień. Kiedy dokładnie moja prapraprababcia Anna wzięła pióro do ręki i zapisała bez mała osiem stron z zeszytu? "... Teraz ludzie pogadują o budowie Kaplicy ale ja tego już nie doczekam boza stara i schorowana ...".
Jak już pisałam w części pierwszej odnośnie wielgoleskich wydarzeń Kaplica Zjawienia została wybudowana w latach 1931 - 1934. Historię kaplicy przedstawia w swojej monografii wydanej w 1934 roku ówczesny proboszcz latowicki ksiądz Stefan Antosiewicz (link). Z jego relacji wynika, że w maju 1930 roku tuż po nabożeństwie odbytym przy trzech krzyżach, na którym zgromadziło się około 250 osób pojawiła się, spontanicznie, myśl o wzniesieniu w tym świętym miejscu kaplicy. Rok później także po majowym nabożeństwie utworzył się komitet budowy kaplicy, a państwo Wyleżyńscy ofiarowali ziemię pod jej budowę. Tak więc mowa o wzniesieniu kaplicy miała miejsce na pewno w roku 1930, a może już nieco wcześniej, po chałupach, mówiło się o tym. Na tej podstawie mogę z dużą pewnością sądzić, że moja prapraprababcia Anna Zawolska swoje wspomnienia spisała w roku 1930 - 1931, lub nieznacznie wcześniej. Jest to także ważna dla mnie informacja, bowiem mam pewność, że w tych latach jeszcze żyła. Do tej pory nie znalazłam jej aktu zgonu, którego szukałam po roku 1903 (określając ten rok opierałam się na odnalezionym akcie małżeństwa córki Anny, a mojej praprababci Antoniny Zawolskiej z Janem Kowalewskim, w którym zostało zapisane, iż matka panny młodej była obecna przy zawarciu tego związku małżeńskiego akt nr 5/1903 par. św. Walentego i św. Trójcy Latowicz). W roku 1930 prapraprababcia Anna miałaby około 70 lat.
Jak widać, na podstawie powyższych rozważań, wszystko co zostało spisane przez moją przodkinię ma sens i zostało przeze mnie poparte faktami historycznymi.
Nadmienić pragnę, że w swoich wyjaśnieniach opierałam się na informacjach zaczerpniętych ze strony Diecezji Warszawskiej, a poświęconych historii powstania Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Wielgolesie. W trakcie poszukiwań informacji o Wielgolesie trafiłam także na stronę laliny.mazowsze.pl. Również ciekawą lekturą okazał się artykuł panów Zygmunta Piłatowskiego i Tadeusza Wójcika pt. "Z dziejów Parafii i Sanktuarium Maryjnego w Wielgolesie", który w 1999 roku ukazał się drukiem w Roczniku Mińsko-Mazowieckim (nr 5, str. 146 - 161). W artykule tym autorzy powołują się na publikacje księdza Stefana Antosiewicza oraz Zygmunta Gajowniczka i to je należy traktować jako najlepsze źródło wiedzy o Latowiczu, Wielgolesie i najbliższych im terenach. Oto te pozycje:
  • S. Antosiewicz "Kaplica Wielgoleska", Mińsk Mazowiecki, 1934
  • Z. Gajowniczek "Pierwsza publikacja o historii kaplicy w Wielgolesie, napisana przez ks. S. Antosiewicza [w] Zeszyty Historyczne Latowicza I (2), str. 39 - 48
  • Z. Gajowniczek "Wielgolas i okolice. Szkice historyczne", 1999
  • Z. Gajowniczek "Dzieje parafii Latowicz", Latowicz Fundacja Przyjaciół Latowicza, 1999, str. 1 - 20, wydanie 3, IBN 83-863310-6-2
  • Z. Gajowniczek "Kraina chleba. Przewodnik po gminie Latowicz", Latowicz Urząd Gminy Latowicz, 2012, str. 1 - 112, IBN 978-83-936120-0-0
  • Z. Gajowniczek "Przewodnik po gminie Latowicz", Gminna Biblioteka Publiczna w Latowiczu, 2013, str. 1 - 120, IBN 978-83-936152-0-9
  • Z. Gajowniczek "Powstanie styczniowe na pograniczu Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny. Przebieg, ślady i pamięć powstania w wiejskiej gminie Latowicz - studium przypadku", Parafia Matki Bożej Różańcowej w Wielgolesie", 2013, str. 1 - 150, IBN 978-83-931123-6-4
  • Z. Gajowniczek "Dzieje Latowicza", Latowicz Urząd Gminy Latowicz, 2015, str. 1 - 768, IBN 978-83-936120-5-5
  • Z. Gajowniczek "Kroniki Straży Pożarnej w Latowiczu", Ochotnicza Straż Pożarna w Latowiczu, 2015, str. 1 - 300, IBN 978-83-941630-0-6

Na sam koniec zamieszczę odnośniki do dwóch niezwykle interesujących map z epoki, na których ukazane są interesujące mnie tereny:


czwartek, 17 listopada 2016

WIELGOLESKIE CUDA. CZĘŚĆ I - PRZESŁANIE PRAPRAPRABABCI ANNY ZAWOLSKIEJ

Stało się ... przez pomyłkę skasowałam post pod tym samym tytułem. Byłam załamana. Nie pozostało mi nic innego jak odtworzyć jego treść, ale niestety Waszych komentarzy, które pod nim były nie można przywrócić (nauczka na przyszłość - zawsze robić kopię wszystkich postów zapisując je na dysku!).
EDIT: Okazało się, że komentarze do skasowanego posta widnieją w zakładce bloggera - Komentarze, niestety nie mogę ich automatycznie przywrócić, ale wpisałam je ręcznie ... może dziwnie to wygląda - tak jak ja bym sama je pisała (w nawiasach podałam imię, nazwisko / nick osoby, która zostawiła ten komentarz ... tylko tyle mogłam zrobić.


*******

Dzisiaj chcę się podzielić z Wami dokumentem, który jest dla mnie chyba najcenniejszą obecnie rodzinną pamiątką. Odnalazłam go (chodzi o skan oryginału dokumentu) zupełnie przypadkiem, a to tylko i wyłącznie dzięki temu, że sześć lat temu postanowiłam przywrócić rodzinnej pamięci dawno już zapomnianych przodków. Przybliżę tutaj pokrótce cóż to takiego jest dla mnie tak cenne i w jaki sposób weszłam w posiadanie owego "SKARBU".
Opowieść zacznę od mojej prababci - matki mojego macierzystego dziadka Romana Jezierskiego. Otóż Aleksandra Kowalewska I voto Jezierska II voto Sówka urodziła się 17 czerwca 1905 roku w Budkach (obecnie Budy Wielgoleskie) w powiecie mińskim, gmina Latowicz. To właśnie ona zapoczątkowała moje poszukiwania w latowickiej parafii. W trakcie przeprowadzonej kwerendy genealogicznej okazało się, że jej rodzice Jan Kowalewski i Antonina z domu Zawolska także urodzili się w Budkach (kolejno 3 lipca 1881 roku i 13 czerwca 1884 roku). Moja praprababcia Antonina była córką małżonków Zawolskich - Józefa i Anny z domu Trojanek vel Trojanowska. Mieli oni na pewno siedmioro dzieci (tyle z nich udało mi się odnaleźć). Poniżej zamieszczam wykres pokazujący najbliższą rodzinę Anny Zawolskiej:



Następną rzeczą jaką zawsze robię, gdy moi przodkowie zaprowadzają mnie w nowe rejony kraju to wpisanie nazwy parafii w internetową wyszukiwarkę. W taki sposób trafiłam na stronę prowadzoną przez Pana Zygmunta Gajowniczka - regionalisty i zapalonego historyka ziemi latowickiej i okolic. Znalazłam na niej mnóstwo interesujących informacji (niestety strona została kilka lat temu zlikwidowana), a wśród nich natknęłam się na skany kilku starych, pożółkłych już kartek wyrwanych z zeszytu. Były to wspomnienia spisane przez Annę Józwową Zawolską, a opisujące XIX-wieczne wydarzenia związane z objawieniem się Matki Boskiej w wielgoleskim lesie. Anna Zawolska, żona Józefa ... tak, to musi być moja 3xprababcia! Głęboko w to właśnie wierzę, a dalsze moje poszukiwania utwierdziły mnie tylko w tym przeświadczeniu. W latowickiej parafii w ówczesnym czasie nie mieszkała inna para małżonków Zawolskich o imionach Józef i Anna. Sprawdziłam to opierając się na indeksach geneteki oraz przeglądając dziesiątki / setki akt metrykalnych spisanych w parafialnych księgach w Latowiczu. Na chwilę obecną mam pewność, że wspomnienia, na które natknęłam się przypadkiem, zostały spisane właśnie przez moją prapraprababcię Annę Zawolską. Czas w jakim rękopis mógł powstać pokrywa się z okresem w jakim żyła moja Anna (przybliżę to jeszcze w kolejnym wpisie na blogu niejako nanosząc na te wspomnienia udokumentowane tło historyczne).
Tak więc, proszę ... oto mój odnaleziony "SKARB": 





Żeby dalej było łatwiej pracować (konfrontując zapiski prapraprababci z udokumentowanymi faktami historycznymi) dokonałam transkrypcji wspomnień spisanych przez moją przodkinię. Oto ona:




 

To, co najbardziej mnie poruszyło podczas lektury wspomnień to fragment, cytuję: "... Zachowajcie tedy moje słowa dla młodych - niech pamientajom, a ten kto dołozy alboli ujmie co s tego co tu stoi napisane niech go Palec Boży dotktnie. Bo to sama szczyra prawda o czem klnem się i świadcze podpisem własnorencznem."
Myślę, że życzenie mojej prapraprababci Anny się spełniło. Wiedza o XIX-wiecznych wydarzeniach w wielgoleskim lesie przetrwała do dnia dzisiejszego. Mało tego, prapraprawnuczka Anny odnalazła te wspomnienia, odczytała spisane własnoręcznie przez Annę słowa i dalej przekazuje je kolejnym pokoleniom.
Innymi słowami, które zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie są te oto: "... Matka mnie muwiła nieraz cobym sobie zapamięntała jej słowa co tu w lesie stanie kiedyś piekny Kościuł ...".
Przeczucie mojej 4xprababci (jakie nosiła imię? nie udało mi się jeszcze tego dowiedzieć) także się spełniło. W latach 1931 - 1934 została, w miejscu objawienia się Matki Bożej, wybudowana kaplica (staraniem samych mieszkańców). W roku 1950, na prośbę mieszkańców Wielgolasu i sąsiednich wsi, Kuria Matropolitarna w Warszawie wydała pozwolenie na utworzenie nowej parafii. Ta została erygowana 27 lipca 1952 roku, ale za początek istnienia parafii uznaje się umownie rok 1950. W latach 1957 - 1961 wzniesiono nieopodal kaplicy kościół, który od tamptej pory po dziś dzień służy mieszkańcom Wielgolasu i pobliskich wsi jako świątynia parafialna. Tak więc przeczucie mojej bezimiennej praprapraprababci, i zapewne nie tylko jej, stało się faktem.
Jeszcze jedna rzecz wzruszyła mnie i, tak po ludzku, zasmuciła. Słowa mojej prapraprababci: "... Teraz ludzie pogadują o budowie Kaplicy ale ja tego już nie doczekam boza stara i schorowana ...".