czwartek, 1 grudnia 2016

ANNA TROJANKÓWNA. DOMNIEMANY OKRES SZKOLNY

Tak niewiele wiem o prapraprababci Annie Zawolskiej z domu Trojankównej, a zarazem wystarczająco, żeby móc cokolwiek napisać o niej samej i jej najbliższej rodzinie. Te okruszki znalezionych przeze mnie informacji (bowiem w rodzinnych przekazach nie zachowała się nawet pamięć, że taka osoba żyła i była naszą przodkinią - a to przecież babcia mojej prababci Aleksandry Sówkowej - którą troszkę pamiętam, a moja mama pamięta ją doskonale ... myślę - zresztą wszystko na to wskazuje, że prababcia Aleksandra urodzona w 1905 roku musiała znać swoją babcię Annę) są znakomitą okazją do dalszego odkrywania i próby odtworzenia biegu życia Anny Zawolskiej. Mam jedynie małą wątpliwość: czy życzyłaby sobie tego? W świetle jej słów: "... Zachowajcie tedy moje słowa dla młodych - niech pamientajom ..." wydaje mi się, że chociaż dotyczyły one wielgoleskich wydarzeń, to z powodzeniem można zastosować je szerzej. Pewnie ucieszyłaby się, a może bardziej zdziwiła, że jej prapraprawnuczka (pewnie jedna z wielu - przecież odtworzoną do czasów obecnych mam jedynie jedną z linii - a i ta jest jeszcze pełna luk, które Anna zapoczątkowała wraz ze swoim mężem Józefem) postanowiła odnaleźć ślady, między innymi, i jej życia i prześledzić - może dla obcych ludzi wcale nieciekawe, aczkolwiek dla tej prapraprawnuczki  arcyciekawe losy.
Annine wspomnienia spisane około roku 1930 wskazują na to, że okolice Latowicza nie były jej obce - tam się najprawdopodobniej urodziła około roku 1859 - 1861 (gdzie dokładnie?) jako córka małżonków Trojanków i tam mieszkała całe swoje życie (we wsi Budki - dzisiejsze Budy Wielgoleskie). Tam także mieszkała, będąc jeszcze dzieckiem, jej matka - z imienia niestety jeszcze mi nieznana (o tym także wspomina Anna w pozostawionym, ku potomności, rękopisie). EDYCJA w dniu 25 września 2017 r.: Czy na pewno poprawnie stawiam  powyższe hipotezy? Koniec EDYCJI.
Ano właśnie, własnoręcznie spisane wspomnienia - to jest prawdziwe "COŚ" i to nie tylko z racji ich treści, którą wyjaśniałam we wpisie o wielgoleskich cudach. Chociaż charakter pisma Anny jest daleki od ideału, a składnia zdań, błędy stylistyczne i ortograficzne oraz potoczna gwara, jaką prapraprababcia się posługiwała nie ułatwiają odczytania tych wspomnień, to jednak one powstały /sic!/, co należy zdecydowanie podkreślić, bowiem nierzadko jeszcze na początku XX wieku, a w XIX bardzo często, umiejętność pisania i czytania, na wsi szczególnie, nie była taka oczywista. Gdzie zatem moja prapraprababcia miała możliwość nauczenia się pisania i czytania? 
Z pomocą przyszedł mi oczywiście nieoceniony internet - znak naszych czasów. To dzięki niemu dowiedziałam się, że moja prapraprababcia Anna mogła na przełomie lat 60/70 XIX wieku (wtedy była mniej więcej w wieku szkolnym) uczęszczać do jednej z dwóch okolicznych szkół (zakładam oczywiście, że w dzieciństwie mieszkała w Budkach lub niedalekiej okolicy). Były to ówcześnie: szkoła w Latowiczu oraz w Wielgolesie. Pierwsza z nich powstała już w połowie XV wieku, natomiast ta, do której było znacznie bliżej z Budek została założona w 1807 roku. Myślę, że jeżeli prapraprababcia chodziła do jakiejkolwiek szkoły to była to raczej ta w Wielgolesie (oddalona od Budek o około 2,5 kilometra, a droga do niej wiodła przez las tuż obok sosny, na której wisiał cudowny obraz). 
Na stronie internetowej Zespołu Szkół im. Rodziny Wyleżyńskich w Wielgolesie natrafiłam na skrótowe Kalendarium szkoły oraz na opracowanie dotyczące historii szkoły w Wielgolesie, którego autorem jest nauczyciel historii w owej szkole niegdyś uczący - Pan Zdzisław Ćmoch. W kolejnych akapitach przybliżę, na podstawie powyższych opracowań, jak wyglądała sytuacja oświaty i nauczania w Królestwie Polskim w drugiej połowie XIX wieku i jak to się miało do szkoły w Wielgolesie.
Otóż, w roku 1862 (Anna mogła być wtedy rocznym dzieckiem, a może miała 2 - 3 latka?, nie umiem tego na razie z większą precyzją ustalić) została na terenie Królestwa Polskiego tzw. Kongresowego wprowadzona m.in. reforma szkolna. Wydano wówczas ustawę, na mocy której określone zostały zasady nauczania w podstawowych, powszechnych szkołach elementarnych. Nauczaniem objęto dzieci od siódmego roku życia, które miały uczęszczać do szkoły przez okres 4 - 5 lat. Rok szkolny miał trwać od 1 września do 31 lipca. Zajęcia miały odbywać się codziennie (z wyjątkiem niedziel) po pięć godzin z dwu lub czterogodzinną przerwą pomiędzy nimi (latem trwały od godz. 8.00 do 11.00 i ponownie od 15.00 do 17.00, a zimą od 9.00 do 12.00 i od 14.00 do 16.00). Liczba dzieci w klasie nie mogła przekraczać 60 /sic!/. Dzieci uczyły się: czytania i pisania w języku polskim, rachunków (dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia), wielkości miar, wag i pieniędzy używanych w kraju, a także pacierza, katechizmu i śpiewu kościelnego. Ówczesny program nauczania obejmował także tzw. niezbędne ukształtowanie umysłu i serca - cokolwiek by to nie znaczyło. Wydawałoby się, że całkiem nieźle wyglądał ten program nauczania (zważając, że Polska była de facto pod IV zaborem), ale niedługo przyszło się tym cieszyć. Upadek powstania styczniowego zaostrzył carskie represje. I tak, uczniowie mieli od tej pory spędzać w szkole 33 godziny tygodniowo ucząc się: języka rosyjskiego (8 godz.), religii i przedmiotów praktycznych (po 6 godz.), rachunków (5 godz.), języka polskiego i śpiewu (po 3 godz.) oraz kaligrafii (2 godz.). Do 1867 roku językiem wykładowym był polski. Niestety później, stopniowo, wraz z napływem nowo-wykształconych prorosyjskich nauczycieli wprowadzano, jako wykładowy, język rosyjski. Obowiązek szkolny nie był wówczas bardzo przestrzegany i można się domyślać, że absencja wśród uczniów była wysoka.
Jak podaje Pan Zdzisław Ćmoch, na kilkanaście lat przed wybuchem powstania styczniowego szkoła w Wielgolesie była utrzymywana przed dwór i mieściła się w dworskich czworakach. Do szkoły tej uczęszczały jedynie dzieci, których rodzice należeli do służby dworskiej. W roku 1864 ówczesny nauczyciel Feliks Dłuski przeniósł szkołę do domu po leśniczym (który zginął w powstaniu styczniowym) położonego we wsi pomiędzy posesjami Łukaszka i Święcha (czy uda mi się ustalić gdzie dokładnie stał ten dom?). Dom leśniczego został wyremontowany przez ówczesnego właściciela wielgoleskiego klucza - Jana Ordęgę. Była to najprawdopodobniej typowa chłopska chałupa składająca się z sieni, komory służącej normalnie za magazyn, jednej większej izby i alkierza, czyli dużo mniejszej drugiej izby będącej z reguły sypialnią. Szkoła istniała w tym budynku około 20 lat, a więc do około roku 1884. Zatem to, być może, tam chodziła się uczyć czytać, pisać i rachować moja Anna - jeśli oczywiście do szkoły rodzice ją posyłali, co nie jest wcale pewne.
W roku szkolnym 1869/1870 do, najprawdopodobniej, III oddziałowej szkoły w Wielgolesie uczęszczało 122 uczniów (w tym 2 pochodzenia mieszczańskiego, a pozostali chłopskiego). Czy była wśród nich moja prapraprababcia Anna Trojankówna (wówczas 8 - 10 letnia)? Pewności nie mam żadnej, a jedynie przypuszczenia. Na tych ponad stu uczniów przypadał tylko jeden nauczyciel. Jak sobie radził z taką gromadą dzieci? Pewnie nie wszyscy chodzili systematycznie, ale to i tak wymagało zapewne dużego zaangażowania z jego strony, żeby ogarnąć nauczanie wiekowo zróżnicowanych uczniów. W kronice szkolnej zachował się zapis, że w latach, kiedy liczba uczniów była duża jako dodatkowe pomieszczenie wykorzystywano komórkę przy sali lekcyjnej. Tym sposobem nauczyciel mógł prowadzić nauczanie równoległe w dwóch klasach jednocześnie, ciągle biegając od izby do komórki. Być może, wielgoleska szkoła z drugiej połowy XIX wieku wyglądała podobnie jak na poniższym obrazie szwajcarskiego malarza? Na pewno warunki nauki w Wielgolesie nie były lepsze, a mogły być tylko gorsze.

"Wiejska szkoła 1874 - 1878" Albert Anker (1831 - 1910)

W latach 1865 - 1875 nauczycielem w owej szkole był Wojciech Kaliński aż z Iwowego (miejscowość ta leży mniej więcej w takiej samej odległości od Latowicza jak Wielgolas, jednak po jego przeciwnej stronie - w kierunku na południowy-wschód). Był on samoukiem (nie ukończył nawet szkoły elementarnej) i podobno w porównaniu ze swoim poprzednikiem wypadał blado jeśli chodzi o umiejętności nauczania, a i sam rozległą wiedzą ogólną nie grzeszył. Posada wiejskiego nauczyciela była jego dodatkowym zajęciem - był "trochę stolarzem, trochę ogrodnikiem" jak o nim mówi zachowana kronika szkolna. Pobierał niewielką pensję miesięczną w wysokości 8 złotych, a dodatkowo dorabiał sobie jeszcze jako rzemieślnik. Zapewne podjął się nauczenia dzieci pisania, czytania, dodawania i odejmowania, ale nauka ta nie stała na zbyt wysokim poziomie. Po 5 latach pracy został skierowany na roczny kurs dla nauczycieli zorganizowany przez Rosjan w pobliskiej Siennicy. Po powrocie wprowadził do nauczania język rosyjski. Był to rok 1871/1872 ... moja prapraprababcia miała wówczas 10 - 12 lat, a więc może to były ostatnie lata jej nauki, a może do szkoły już nie uczęszczała - była zbyt duża na naukę, aczkolwiek w sam raz do pomocy w gospodarstwie i do pracy w dworskim folwarku. 
Czy tak było rzeczywiście? Czy Anna Trojankówna miała sposobność nauki w wiejskiej szkole - chociaż przez jakiś czas? Czy to właśnie w wielgoleskiej szkole stawiała swoje pierwsze kroki w drodze do opanowania pisania, czytania, rachowania? EDYCJA w dniu 25 września 2017 r.: W świetle krótkiego biogramu dotyczącego Anny Zawolskiej umieszczonego w książce Pana Zygmunta Gajowniczka pt. "Sanktuarium Maryjne w Wielgolesie" (patrz: poprzedni post) mam na tę chwilę poważne wątpliwości, czy Anna do szkoły w Wielgolesie faktycznie mogła uczęszczać. Koniec EDYCJI. Niestety, na razie nic nie wiem na pewno, ale faktem jest, że pisać i czytać umiała dzięki czemu mogła, po latach, pozostawić następnym pokoleniom swoje świadectwo wielgoleskich wydarzeń.

Poniżej zamieszczam linki do opracowań dotyczących m.in. szkoły w Wielgolesie, z których korzystałam przy tworzeniu tego wpisu:


*******

9 komentarzy:

  1. Sądzę Kasiu że możesz mieć dużo racji w swych domysłach. Siostra mojej Praprababci - Józefa Amejka zd. Bucholska (1885-1957) - była niepiśmienna a listy w jej imieniu do rodziny pisały jej dzieci. Kiedyś praca na gospodarstwie była priorytetowa więc tyle ile skorzystała z nauki to jej - może to wystarczyło a dalej sama się uczyła? Kto wie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładniej już pewnie tego nie sprawdzę ... zachowały się listy uczniów szkoły w Wielgolesie, ale niestety - ku mojej rozpaczy - z lat zdecydowanie późniejszych 1917 - 1922 i 1931 - 1945 (http://zswielgolas.pl/files/Klasy-i-uczniowie---spis-1931-45.pdf). W 1917 roku moja prababcia Aleksandra Kowalewska miała 12 lat i była ostatnim pokoleniem moich przodków zamieszkałych w Budkach - mogła więc wtedy do wielgoleskiej szkoły jeszcze uczęszczać, ale w wykazie z okresu 1917 - 1922 niestety jej nie ma http://zswielgolas.pl/files/Pomniki-dziejowe--ksi-ga-g-owna-szko-y.pdf

      Usuń
  2. Kiedy przeglądam metryki z końca XIX wieku w parafii Koziegłówki (to stamtąd są moi Zenderowscy), wszędzie widzę dopisek "pisać nie umieją". Nawet przy osobach, które nie były zwykłymi chłopami (młynarze, kowale, szklarze itp.). Może ksiądz pisał metryki nie w momencie faktycznego zgłoszenia np. urodzin dziecka, a nieco później i nie chciało mu się wzywać ponownie stawających?
    W tym samym czasie w zaborze pruskim w aktach USC są podpisy, nawet prostych chłopów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sławku, dokładnie tak było jak piszesz ... ta formułka, że "stawający i świadkowie pisać nie umieją" była bardzo nadużywana!, u mnie jedynie w kilku aktach były podpisy, a cała reszta XIX-wiecznych i nawet z początku XX wieku zawierała tę formułkę. Na początku myślałam, że faktycznie moi pra pisać nie umieli, ale teraz mogę udowodnić, że przynajmniej w kilku przypadkach moi przodkowie posiedli tę sztukę (tak było np. z ową Anną Zawolską - przecież mam potwierdzenie tego, że pisała; tak również było jeszcze na początku XX wieku z moim pradziadkiem ojczystym - w rodzinnym archiwum są zachowane różne dokumenty, notes z jego notatkami służbowymi, wiem że odpisywał na listy mojego dziadka, który ten mu słał latami, a według księdza ciągle pisać nie umiał). Te akta metrykalne z reguły nie były pisane ręką księdza - proboszcza, on się tylko pod nimi podpisywał, a samą treść pisał ktoś inny (wikary, kościelny, ...) i to już po fakcie, więc na pewno nie wołano jeszcze raz wszystkich stawających i świadków, żeby ci złożyli swoje podpisy. To takie moje spostrzeżenia po kilku latach wertowania i badania akt metrykalnych z różnych części kraju. A, to co piszesz, że pod zaborem pruskim podpisy były, to tylko potwierdza nasze przypuszczenia, że ci prości chłopi często jednak pisać umieli :D = pruski porządek, ordnung muss sein ;)

      Usuń
  3. Witam. Jak na mój gust Twoja pra...babka pisała całkiem nieźle, w tamtych czasach to było coś ;) Bardzo lubię wpisy związane z edukacją, sama przyglądałam się temu tematowi. Z uwagą śledziłam kroniki szkolne placówek do których uczęszczali moi antenaci. Pamiętam rozmowę z Panią archiwistką, która zajmowała się szkolnictwem. Mówiła ona, że szkolnictwo na wsi w dużej mierze zależało od księdza. Ten interesujący się swoimi wiernymi zachęcał ich do wysyłania dzieci do szkoły, często nawet napominał dzieci o poważne podchodzenie do obowiązku szkolnego. Po reformie uwłaszczeniowej starał się, żeby zdolne dzieci szły do szkoły w większych miastach np. Kraków, rodzice wtedy sprzedawali kawałek pola lub zapożyczali się. Mój praprapradziadek Antoni wysłał najstarszego syna do szkoły w Krakowie i został on nauczycielem polskiego. Pozdrawiam Paulina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, księża zawsze mieli i mają nadal duży wpływ na parafian ... oby tylko zawsze mądrze podpowiadali ;) To przede wszystkim świadomość, że można było zrobić to, czy owo sprawiało, że rodzina - poprzez jednostki - rozwijała się ... bywało, że rozwój ten był okupiony określonymi wyrzeczeniami ...

      Usuń
  4. Kasia, gdybyś kiedyś wybierała się na wizję lokalną owej szkoły, czy leśniczówki, to ja chętnie Ci potowarzyszę. Moi przodkowie mieszkali również w tej okolicy, w Głupiance, Sufczynie i Woli Sufczyńskiej. Tak szybko sprawdziłam listy uczniów, o których piszesz w komentarzu, ale swoich nie znalazłam... to pewnie nie ten czas, nie ta szkoła, a może ksiądz w metrykach pisał prawdę? Raczej nie, ja też uważam, że formuła o niepiśmiennych była nadużywana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotko, będę ale pewnie dopiero wiosną - dam znać, bardzo chętnie przyjmę Twoje towarzystwo :) Przypuszczam, że Głupianka i Sufczyn podlegały pod inną szkołę - trzeba byłoby prześledzić ich występowanie w okolicy, przyjrzeć się szkołom przy parafiach lub dworach.

      Usuń
    2. Znalazłam kolejne opracowanie Pana Zdzisława Ćmocha pt. "Rządowe szkoły elementarne w powiecie stanisławowskim" a w nim wykaz XIX-wiecznych szkół rzeczonego powiatu. Również ciekawa lektura. http://mazowsze.hist.pl/19/Hacked_By_Ali_ShadowDz/436/2010/15401/

      Usuń