Widzę, że według statystyk wyświetlania postów, ten oto pusty - będący zapowiedzią, co na moim blogu będzie się działo - ma naprawdę dużo odsłon. Nie będę zatem już dłużej trzymać w niepewności moich czytelników. Zmobilizowałam się dzisiaj i w końcu zrobiłam zdjęcia "odrestaurowanego" lustra. Ale najpierw, króciutko, jego historia, wszak na blogu traktującym o czasach przeszłych nie może jej zabraknąć w żadnym wpisie.
Lustro jest podobno ponad studwudziestoletnie, kryształowe. Było częścią toaletki stojącej w jednym z pokoi u ojczystej babci mojego małżonka. Dostał je ostatnio jako pamiątkę po nieżyjącej już od ponad ośmiu lat babci Jasi. O ile widać, że lustro jest wiekowe - te zadrapania, przebarwienia, odpryski spodniej strony przebijające na tę lustrzaną dla mnie są prawdziwą gratką, to jednak zostało jakiś czas temu (raczej później, niźli wcześniej) oprawione w zwykłą surową, sosnową ramę. Aż się boję pomyśleć, co stało się z ową toaletką ... mam nadzieję, że w najgorszym razie została sprzedana / oddana komuś, komu służy do dzisiaj.
Tak więc zabrałam się do przeobrażenia ramy lustra w taką, która odda jego historię i wpisze się charakterem w nasze mieszkanie. Po pomalowaniu ramy (pokażę kilka etapów), lustro stanęło na swoim docelowym miejscu. Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała długo czekać, żeby zawisło - mogłabym sama je powiesić, ale niech małżonek też ma w to przeobrażenie jakiś wkład ;) Myślę, że lustro wraz z konsolką, która stoi pod nim (to też pamiątka, tym razem po mojej ojczystej babci Władzi) tworzą zgraną parę. Efekt jaki chciałam uzyskać malując ramę, to taki, żeby swoim stylem odzwierciedlała powycierane od dotykania gałeczki w szufladkach konsolki. Jak myślicie, udało mi się?
A teraz zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć dokumentujących lustrzane przeobrażenie:
Na zdjęciach powyżej widać, że lustro nie jest idealne - dlatego, w mojej opinii, jest tak piękne i warte poświęcenia odrobiny czasu i pracy, aby je dopieścić i dogłaskać.
Przed malowaniem ramę lekko przetarłam papierem ściernym o granulacji 120, a to jedynie w celu usunięcia ewentualnych zabrudzeń - drewno nie było wcześniej niczym malowane, więc odeszło mi sporo pracy związanej z usuwaniem wcześniejszych powłok malarskich. Oczywiście później odpyliłam i przetarłam wilgotną szmatką. Na tak przygotowaną ramę naniosłam gąbką - to mój ulubiony malarski gadżet - pierwszą cienką warstwę ciemnobrązowej lakierobejcy. Później drugą - obie dokładnie wcierając w drewno.
Efekt po pierwszym etapie - taki sobie, co jednak nie powinno zniechęcać. Następnie przetarłam niektóre miejsca - te bardziej wypukłe zwykłą świeczką i dopiero wtedy zaczęłam delikatnie, cienkimi warstwami nanosić, także gąbką, pozłotę. Rozcierałam, nanosiłam, aż do uzyskania zadowalającego mnie efektu. Na koniec przetarłam całość papierem ściernym o granulacji 180, a następnie jeszcze ostrą stroną gąbki i na koniec wypolerowałam bawełnianą szmatką. Po tych zabiegach uwydatniły się pory drewna, ukazały się przetarcia od złotego buku, po ciemny dąb, a wszystko to okraszone zostało złotą poświatą.
Tak oto, mamy w domu kolejną sentymentalną pamiątkę, a lustro babci Jasi zyskało, miły - może nie tylko dla mojego oka, złoty blask - stary, powycierany przez czas.












